Opiekunowie Zakazana Góra - Brandon Mull

 


Mako marzy, by zostać wojownikiem, by jego opiekun, z którym połączy się już niedługo zapewnił mu sławę. Arden pragnie uratować przyjaciółkę z łap gangu. Oboje nie wiedzą, że sprzymierzeńcy nie zawsze są tymi, za kim się podają. I że ich zdolności mogą pomóc, ale mogą napytać biedy.

Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Nie czytałam wcześniej nic Brandona Mulla. Choć Baśniobór i Smocza Straż stoją na półce mojego dziecka. Ba! Sama to dzieciom polecałam, bo podobno dobre, ale żeby czytać? Nie miałam czasu. Ale Opiekunowie mnie jakoś kupili, zaczęłam i… Moja wina. A z konsekwencjami będę się teraz borykać, bo nie znam książek autora i to jest złe.

Jakie to jest dobre! Jakie smakowite! Wyobraźnia autora powaliła mnie na kolana, sposób prowadzenia narracji i świat przedstawiony skłonił jeszcze niżej, a poziom intryg i spisków wywołał czołobitność. Jestem tak zachwycona, jak dawno nie byłam czytając literaturę młodzieżową. Właśnie takie książki powinni czytać! Wspaniałe, napisane z rozmachem, z bohaterami dobrymi, złymi, tymi pośrodku i jeszcze wieloma innymi. To właśnie jest w tej książce. Trudne wybory ważące na całym życiu, głupie błędy spowodowane niewiedzą i brakiem doświadczenia. I dorośli, którzy też niekoniecznie powinni trafić na piedestał. Mamy tu też marzenia, takie zwykłe marzenia dojrzewających ludzi. O chwale, byciu sławnym i rozpoznawanym. I niby ich warunki różnią się od naszych, ale marzenia z grubsza te same, prawda?

Polubiłam bohaterów od pierwszego zdania. Za ich nie-bylejakość, za błędy, upór, marzenia, wybieranie nie zawsze prostych dróg. Za bunt i niezgodę na to, co los przynosi. Lubię też ich ciekawość świata, ciągłe szukanie i znajdowanie, czasem tylko kłopotów, czasem nowych przyjaźni, bez względu na pozycję społeczną.

A nad tym wszystkim wisi większa polityka, ogromne pieniądze, wielkie sojusze i jeszcze większe zdrady tych, którzy pociągają za sznurki w tym świecie. I trochę poza nim. Bo nie można zapomnieć o sferze duchowej, o wielkich umiejętnościach wkraczających poza to, co znane i oswojone.

Opiekunowie są tak dobrzy, że brakuje mi słów. To jest fantasy, które kocham, w całej swojej okazałości. Z dobrze rozbudowanym i opisanym światem, w którym wszystko ma swoje miejsce. Z poziomem intryg, który wymaga ciągłej uwagi czytelnika i oglądania się za siebie bohaterów. Oraz z fabułą, która kluczy, zawraca, zmienia bieg i ciągle coś nowego odkrywa. Czasem bywa spokojnie, czasem brutalnie, choć nie nazbyt, pamiętajmy, że to literatura dla młodzieży. Sceny walki, te najbrutalniejsze, są sprytnie ukryte. I to też jest moc tej książki.

Cóż rzecz na koniec? Czytajcie!


Współpraca barterowa z Wydawnictwo Wilga

Alter ego - Milena Wójtowicz

 


Do Brzegu, spokojnej mieściny przyjaznej nienormatywnym przyjeżdżają rodzice Sabiny Piechoty, by dać koncert. Brzmi, jak przepis na rodzinne chwile? No nie, Bo Sabinie tatuś nie brzmi. A nie ma nic gorszego niż nie brzmienie w uszach strzygi. Kłopoty? To mało powiedziane.

Sabina nie boi się niczego. Wszak jest Behapówką w firmie Piotrka i zajmują się głównie nienormatywnymi członkami społeczności. Zresztą, co może zagrozić strzydze? No umówmy się, nie ma tego wiele. Jednak włos na całym ciele jeży się jej na myśl o śpiewie lub choćby zdaniu do swojego taty. Który postanowił zaśpiewać specjalnie dla niej. Impas. Ale wszystko da się załatwić. Szkoda, że obok ma się jeszcze mocno nabuzowane wilkołaki i wampiry z chęcią na przygodę. Nie ma takiej ilości pierniczków, by to ogarnąć.

Przy książkach autorki bawię się, jak świnka w kałuży. Może jestem tylko troszkę bardziej czysta, ale na pewno tak samo szczęśliwa. Sarkazm trafia do każdej mojej cząstki człowieka i robi dobrze mózgowi. Szalone pomysły na uprzykrzenie, znaczy rozrywkę dla bohaterów przyjmuję z dzikim okrzykiem radości. No to w tym tomie bardzo się cieszyłam, bardzo mój mózg się cieszył, ale nie krzyczałam, bo nie da się z opadniętą szczęką. To, co dzieje się w tej części to jest coś, czego kompletnie się nie spodziewałam. A wydawało mi się, że już wiem, co mnie może u autorki spotkać.

Milena Wójtowicz tak sprytnie wszystko uknuła, tak pięknie zamydliła oczy staruszkami, wilkołakami, wampirami, że dałam się nabrać. Ba, ja radośnie pokopytkowałam tropem przez nią usianym, w ogóle nie podejrzewając spisku. Normalnie jak po okruszkach do pieca czarownicy. Uwielbiam to, co zrobiła z moim poczuciem zagrożenia i szukaniem tropów w książkach. Tak mnie zamotała, że uwierzyłam we wszystko, a potem nie mogłam wyjść z podziwu, bo przecież to było takie oczywiste. No przecież nikt nie powinien ufać kontrolom z urzędów, co nie?

Jeśli szukacie spokojne serii z kawałkami paranormalnymi, to nie ten adres. Tu rządzi chaos, nienornatywni, nienormalni i proszę nie mylić jednego z drugim, duchy, wampiry i sporo zjawisk paranormalnych. I pierniczki. Jeśli szukacie do tego dobrej zabawy i ciętego humoru osadzonego w słowiańskiej kulturze to świetnie trafiliście. Od razu zacznijcie czytać.


Wydawnictwo SQN

Storytel 2026 7 godz 59 min

Cienie w Lustrzanej - Monika Cieluch

 


Liwia przybywa do Willi Lustrzanej, by ją odnowić i przywrócić do świetności. Pracuje dla jej nowego właściciela, Mathiasa Berga, Niemca. I od samego początku sprawia to jej problemy, bo jak to tak, Polka dla Niemca? W miejscowości, gdzie żyli Żydzi Polacy, którzy wielu krzywd od Niemców doznali?

Do książki przekonała mnie okładka, którą zobaczyłam u kogoś na Instagramie. Stary dworek i kobieta z jakąś książką w dłoniach to była obietnica na świetną lekturę. I nie pomyliłam się. Książka porwała mnie od pierwszych zdań, zachwyciła samym pomysłem, a potem już trzymała w szponach i nie chciała wypuścić. Czemu w szponach? Bo chwilami robi się strasznie, dramatycznie wręcz.

Historia nie dzieje się tylko tu i teraz. Autorka poprowadziła ją dwutorowo, oddając pole przeszłości. Poczynania pani konserwator fascynowały mnie, musiałam nawet sprawdzić, czy metody odzyskiwania starych, zatartych dokumentów są prawdziwe, czy są tylko fikcją literacką. I tak, są prawdziwe, co jeszcze szerzej otworzyło moje oczy ze zdziwienia i zachwytu. Kocham stare tajemnice, ich odkrywanie, a tych tu jest naprawdę dużo. Bardzo intrygowała mnie też postać Matyldy, trochę szarej eminencji, trochę obłąkanej kobiety, nigdy nie wiedziałam na pewno. Jedna z moich ukochanych postaci, choć mocno drugoplanowych.

Jednak to przeszłość mnie porwała i zachwyciła. Pomysł na to, by przemówiła za pomocą pamiętnika był wspaniały. Czułam każdą emocję, widziałam każdą scenę. Jestem kompletnie oczarowana tym, jak autorka oddała klimat strachu ludności, pewności siebie byłej pani domu i przyjaźni. Tej zakazanej, obarczonej wyrokiem śmierci. No i śmierć. Taka głupia, taka niepotrzebna. A tak bardzo obrazująca to, co działo się w głowach esesmanów. Przerażając, jak bardzo wierzyli w ideę, jak bardzo nie cofnęli się przed niczym.

Cienie w Lustrzanej to przepiękna opowieść o tym, co mogło być, co na pewno gdzieś się zdarzyło. To opowieść o ludziach, którzy przeminęli, bo ktoś tak postanowił. Ale również o tych, którzy przeżyli. By kiedyś z kimś innym wypić herbatę. Jak Lea Rosenfeld. Wzruszająca postać, która spięła przeszłość z teraźniejszością, pozwoliła tamtemu na nowo ożyć.

To trudna książka, niejedna łza popłynie. Ale jest też przepiękna w swej prostocie pokazywania prawdy. Prawdy, o której nie możemy zapomnieć, jak trudna by nie była.

 

Skarpa Warszawska 2026

Storytel 8 h 44 min

Maneki-Neko Japoński sekret szczęścia i pomyślności

 


To nie jest zwykły poradnik. To książka, która przybliża kulturę Japonii, i nie tylko, jej symbole, przesądy i rytuały, które mają przyciągnąć szczęście do człowieka.

Jeżeli szukacie szczęścia, na pewno zwróciliście uwagę na ten tytuł. Zresztą, nawet bez tego okładka zwraca uwagę. Radosny kot machający łapką chyba każdemu jest znany i właśnie ze szczęściem kojarzony. I ta energetyczna czerwień i złote chmurki. Wszystko razem sprawia, że od razu się uśmiechamy. Również środek jest utrzymany w tej stylistyce i każdy rozdział zaczyna się właśnie takim zastrzykiem energii.

Muszę Was niestety rozczarować, ale od samego posiadania książki nic się w Waszym życiu nie zmieni. Bo o tym właśnie jest ta książka. O masie rzeczy, które mają wspomóc nas w drodze do szczęścia, powodzenia, pomóc nam osiągnąć cele. Ale nie o tym, że to się zrobi samo. Japończycy nie do końca wierzą w to, że samą wiarą można góry przenosić, zwizualizować sobie szczęście i już, zrobione. Właśnie nie. Wiara to bardzo istotny składnik powodzenia, ale oprócz niej trzeba wykonać jakieś działanie w kierunku spełnienia.

Książka zdradza natomiast sposoby na to, by podnieść w sobie tę wiarę, pobudzić ją. Mówi również o tym, jak nie przegapić szans, jak być otwartym. Zwraca uwagę na to, że raz wzbudzona wiara może zniknąć i należy sobie o niej przypominać, na przykład nosząc karteczkę z afirmacją i patrząc na nią co jakiś czas, by znów mieć energię do działania.

Najbardziej mnie zaskoczyły pogrzeby za życia, urządzane w Tajlandii, które mają być nowym początkiem, odrodzeniem. Dla mnie to trochę na pograniczu mistycyzmu, bo przecież musi stać za tym decyzja, by coś w życiu zmienić, ale rozumiem, że taka uroczystość jest mocnym akcentem i wspiera dodatkowo cały proces. Zresztą, sami wiemy, jak to z naszą silną wolą bywa. Czasem nie wystarcza chcieć i nawet próbować coś w tym kierunku robić. Tajlandczycy mają taki dość specyficzny sposób.

Większość z rad zawartych w książce jest dość oczywista. Jednak na co dzień o tym nie myślimy, w ogóle nie kierujemy swej uwagi w tą stronę. Ważne jest więc, aby ktoś to usystematyzował i nam podał gotowe. Taka właśnie jest ta książka. Zbiera rzeczy, które niby gdzieś tam wiemy, ale w codzienności o nich zapominamy. I pozwala uwierzyć, że mamy moc sprawczą, a życie i powodzenie nam się nie tylko należy, ale zależy od nas. A amulety, przesądy i „magiczne” działania mają nam w tym pomóc.

Teraz trzeba się tylko wziąć do roboty.


Współpraca barterowa

Wydawnictwo Otwarte 2026

277 str

Dwa światła - Maria Paszyńska

 


W święto Chanuka rodzi się dziecko. Chłopiec, który w normalnym świecie mógłby się bawić, uczyć, śmiać i rozwijać. Ale tamten czas nie należał do normalnych, a świat oszalał wraz z czasem. Wybucha wojna i ludzie dzielą się na tych miłych Hitlerowi i tych skazanych na śmierć. Chanukowe dziecko jest po tej drugiej stronie.

Są takie historie, które zapadają w serce i już tam zostają. Są takie życiorysy, które warto poznać i pochylić się dzięki nim nad tymi, którym się nie udało. Niczego nie ujmując ocalałym. Dlaczego o tym piszę? Bo Andrzej Czajkowski, o którym napisała Maria Paszyńska, do końca życia mierzył się z syndromem ocalałego. Wyszedł z getta dzięki babce, która przebrała go za dziewczynkę. Matka została. Z kochankiem. O tym też pisze autorka. Ale po kolei.

Postać Andrzeja Czajkowskiego jest prawdziwa. Faktem jest, że był w getcie, ocalał dzięki babce. Faktem jest też to, że matka go porzuciła, wybierając śmierć. Ostre słowa, ale nie mogę na to spojrzeć inaczej. Nie mnie oceniać, nie znam historii te kobiety, jej motywów, miłości do syna i partnera, by ocenić, dlaczego to zrobiła, ale porzuciła dziecko. I cóż, że dla życia, jak to było życie bez niej, co potem kształtowało małego chłopca i nie dawało mu spokoju przez całe życie.

Faktem jest też, że chłopak miał niesamowity talent muzyczny i tu już wkracza wyobraźnia autorki, która zetknęła genialne dziecko z prawdziwym pedagogiem i muzykiem. Namiastka rodziny, troski, tego, jak powinno wyglądać prawdziwe życie. Scena z wanną, tuż po ucieczce z getta złamała mi serce, ale jeszcze bardziej łamały je dopytywania małego, czy profesor będzie już na zawsze.

Maria Paszyńska z niezwykłym wyczuciem opowiada o potwornościach wojny, o tym, co się zdarzyło, choć nie miało prawa. I o tym, że nawet w tym świecie pogrążonym w rozpaczy i nurzającym się w śmierci jest miejsce na radość z muzyki, na tworzenie piękna i zachwyt nim. Chwilami jest to nawet nie do uwierzenia, że gdzieś tam za ścianą łomocą buciory nazistów, a tutaj płynie delikatna melodia. Inny świat, inny czas, choć ta sama przestrzeń.

To wydanie jest wznowieniem powieści Marii Paszyńskiej. Wcześniejsze zostało wydane w 2019 roku i nie miałam odwagi go przeczytać. Dziś wiem, że zgodnie z podejrzeniami, rozwaliła mnie ta książka na atomy, ale wiem również, że nie mogłam jej nie przeczytać. Nie tylko dlatego, by oddać hołd Andrzejowi, który mimo wszystko nigdy wielkiej kariery nie zrobił. Ale także tym, którzy kariery zrobić nie mogli, bo ich życie zostało przerwane przez kaprys człowieka dzielącego ludzi na dobrych i złych. Nie przez ich uczynki, a pochodzenie. To również hołd oddany tym, którzy pomagali, ukrywali, załatwiali papiery, użyczali podłogi, pieca czy szafy. To cisi bohaterowie wojny, który uczynili ten czas lepszym. Światełka w mroku.


Współpraca barterowa

Wydawnictwo Książnica 2026

331 str

Rzeźbiarka jesiennych mgieł - Joanna Szarańska

 


Maria wraca do Granic, by dokończyć przygotowania do wystawy. Jednak nie bardzo ma się zatrzymać, bo u Krystynki mieszka odnaleziona po latach siostra. Kiedy Kacper Kosiński oferuje jej gościnę, nie zastanawia się długo.

Granice i Zwaliska, gdzie odbyć ma się wystawa skąpane są w porannych mgłach, złotym blasku słońca przeświecającego przez złote i czerwone liście. Tajemnicze, czasem nieprzystępne, wiejące chłodem poranka i przynoszące niespodziewane dreszcze na plecach. Zimna? Złego przeczucia? Pachną też ciastem, chryzantemami i dyniami, cieszą oko kolorowymi jesiennymi dekoracjami i dają ukojenie w prostych, zwyczajnych widokach i czynnościach.

Kto był już w Granicach lub czytał jakąkolwiek książkę autorki ten wie, że właśnie tak jest w jej opowieściach. Trochę cukru i trochę dziegciu. Spokój poranka i burza popołudnia, nie tylko w pogodzie. Kotłujące się emocje, które znajdują ujście, gdy ktoś ma w sobie na tyle uważności, by je zauważyć i zatrzymać się na chwilę, by móc je nazwać, złapać, kogoś wysłuchać i mu ulżyć.

Kocham książki autorki za tą uważność właśnie. Za pochylenie się nad cieniem drzewa, zmarszczeniem wody. Nad dostrzeganiem tego, co w ludziach siedzi głęboko, a czasem płytko pod maską pokazywaną innym. To nie jest powieść dla wszystkich. Nie znajdziecie tu szybkiej akcji, przeskakiwania z tematu na temat, galopujących wydarzeń. To książka pełna spokoju, powoli dążące do finału, bez niepotrzebnych rozdmuchiwań. Nie, nie jest wolna od emocji, ale nie są one sztucznie rozbuchane. Tu wszystko ma swój rytm małej miejscowości i serca pojedynczego człowieka. To jego uderzenia wyznaczają rytm. To jego wzruszenia powodują wzruszenia czytelnika.

Co znajdziemy w książce? Tajemnicę. Taką, która jednym życie prostuje, a innym łamie. Bo niby prawda jest jedna, ale odbiór jej zależy już od tego, do kogo trafi. Nigdy tak na to nie patrzyłam, dopiero po lekturze tej książki zaczęłam się nad tym zastanawiać. Jedno zdarzenie może być dowolnie zinterpretowane, a to, w co przez lata wierzyliśmy rzuci na nie jeszcze inne światło.

W tomie dużo dzieje się rzeczy trudnych, smutnych, czasem wywołujących niezgodę czytelnika. Ale jednak nadal Granice otulają spokojem, ciepłem i pewnością, że nawet po burzy tam wyjdzie słońce. Czekam na nie w zimowej odsłonie Granic.


Czwarta Strona 2024

Storytel 8 h 44 min

Czerwone piwo królowej

 


Rodzinne tajemnice, skradzione receptury i ponad stuletni browar to przepis na świetną książkę.  Jeśli do tego dołożymy również światowej sławy fotografa i lokalną introligatorkę i fotografkę, którzy nie pałają do siebie sympatią mamy pewność, że będzie ciekawie.

Ta książka pachnie rzemieślniczym piwem i wspomnieniami. Starymi książkami, kurzem dawno nieużywanych pomieszczeń i chemicznymi odczynnikami. Gdy zamykam oczy przenoszę się w ten świat i czuję każdy z tych zapachów, tak świetnie to zostało odmalowane przez autorkę słowem.

Historia zawarta w tej książce nie da się poznać od razu. Pojawia się powoli, nabierając barw, jak fotografia w ciemni pod wpływem odczynników. Wystarczy jeden zły ruch, by obraz się nie udał, wspomnienia pierzchły, a rozmówca, zdradzający sekrety już nie chciał, by ujrzały one światło dzienne.

Autorka opiera fabułę o zdradę, stracone zaufanie i próbę jego odbudowy po latach.  I pokazuje, że to nie tylko kwestia dawnych lat, zatargów i waśni, które wynikały z nacisku rodzin, dawnych układów i tego typu zależności. Że na co dzień możemy spotkać kogoś, kto dla własnej wygody, korzyści czy po prostu dlatego, że kogoś nie darzy sympatią będzie jątrzył, kombinował i jeszcze wciągał w to inne osoby.

Zachwyciła mnie dbałość o szczegóły. Autorka z równie wielkim zaangażowaniem pokazuje techniki introligatorskie, sztukę fotografii jak również sztukę ważenia piwa. Do wszystkiego podchodzi z pieczołowitością i ogromną precyzją. Tu nie ma miejsca na przypadkowość. Dzięki temu, którekolwiek miejsce w książce się odwiedzi, ma się wrażenie, jakby stało się obok tej osoby i patrzyło na jej ręce.

Urzekło mnie małe miasteczko, gdzie niby każdy wszystko wie, ale jednak ma swoje sekrety, które wychodzą przypadkiem lub nie wychodzą nigdy. Część jest schowana za wielką bramą, inne w pudełku, na kartach pamiętnika a jeszcze inne głęboko w pamięci. I tylko ktoś uważny i chętny, by poznać i nie ocenić może je odkryć. A w tym wszystkim najbardziej trzeba pamiętać o tym, że w takim miasteczku zawsze ktoś patrzy. I bardzo uważać na to, co się robi. Ten motyw jest świetny, po prostu majstersztyk.

Bardzo podobało mi się też podejście do Michała i Walerii. Zderzenie dwóch światów, innych oczekiwań oraz innego sposobu na dojście do celu czyni z walki o browar jeszcze ciekawszy motyw. Tu również jest wpleciony motyw zdrady, nieufności i budowania relacji.

To moja trzecia powieść autorki i wiedziałam, że mogę się spodziewać nie tylko pięknej opowieści, ale czerpania z historii. I choć tu ta wielka historia nie występuje, to mamy historię browaru i ludzi. I ta jest pokazana po prostu przepięknie. Wspomnienia, przywołania tamtego czasu były moimi ulubionymi kawałkami układanki.

A jak ktoś jeszcze mocniej chce poczuć to, co było w książce na końcu znajdzie piwne przepisy - będzie smacznie.


Współpraca barterowa

 Wydawnictwo Mięta 2026

334 str

Niesforny anioł - Elżbieta Barczyk

 


Nataniel ma pecha. Ale takiego potwornego. Nawet próba samobójcza mu nie wychodzi i zamiast zakończyć żywot wpada w ramiona najgroźniejszego gangstera w okolicy. Brzmi jak jeszcze większy pech, ale prawda jest kompletnie inna.

To jest szalenie niedorzeczna książka. Jest tak oderwana od rzeczywistości, tak pełna niemożliwości, że… nie mogłam się od niej oderwać. Naprawdę. Pomyślcie sami. Miles Kostel, groźny gangster, umykający policji, zwany w światku „Demonem”. A obok niego naiwny, pełen dobrej wiary, nadziei i miłości do ludzi Nataniel. To przecież nie może się udać. A jednak chyba wraz z Natanielem spada na niego grom z jasnego nieba, miłość od pierwszego wejrzenia i całe masa motylków. W każdym razie ma na punkcie mężczyzny obsesję.

I na tej obsesji jest zbudowana fabuła. Miles szuka kontaktu z Natem, który nie dość, że nie był wdzięczny za uratowanie życia, to jeszcze bezpardonowo się na przestępcę wydarł. Bo taki właśnie jest: bezkompromisowy, mówiący to, co myśli i lecący tam, gdzie go potrzebują. Wraz z pechem jest to mieszanka wybuchowa i grożąca obrażeniami. Dość szybko się wszystko rozwija i tu jest jedyna rzecz, która mi się w książce nie podobała. Brakło mi dużego kawałka pomiędzy decyzją o spróbowaniu bycia w związku, a stałym związkiem, z mieszkaniem razem. Bardzo chętnie poczytałabym więcej o kłopotach obu, bo przecież Nat nie gryzie się w język i Miles jest przy nim naprawdę biedny, choć często sobie zasłużył.

Co za to mi się szalenie podobało? To, jak obaj mężczyźni zmieniają się w stosunku do siebie, choć najbardziej widać przemianę Milesa. Pod wpływem Nata łagodnieje, zmienia podejście nie tylko do niego i do kontroli nad partnerem, ale także do świata. Z gburowatego, strasznego faceta zmienia się w kogoś zwracającego uwagę na potrzeby innych i świat wokół.

Bardzo podoba mi się również zwrócenie uwagi na kilka problemów społecznych. Mamy tutaj przemoc w związku, porzucenie dzieci i adopcję, chore pragnienia. Co prawda tylko trochę zarysowane, ale nie trzeba mówić dużo, by coś zasygnalizować i skłonić do przemyśleń. Autorka również kładzie nacisk na to, jak można się pomylić w ocenie kogoś i wyciągnąć pochopne wnioski.

Jak już wspomniałam, książka jest trochę nie z tego świata. Przynajmniej ja nie wyobrażam sobie takiego układu, jaki jest pomiędzy głównymi bohaterami. Jednak z miłą chęcią wyobrażam sobie, że taki świat istnieje. Że kiedyś doczekamy momentu, że dwie kochające się osoby będą mogły mieszkać w domku pod miastem i po prostu się kochać i nikt nie będzie patrzył, jakiej są płci. Jestem tym zachwycona, a najbardziej podoba mi się podejście światka przestępczego do Nataniela. Kocham wszystkich gangsterów za to, jak kochają pechowca.

Niesforny anioł to ciepła opowieść o miłości, która wszystko zmienia. Niespodziewanej, docierającej się, wywołującej uśmiech w tych, którzy ją widzą. Nie znajdziecie tu scen erotycznych, znajdziecie za to wiele czułości, troski i dawania poczucia bezpieczeństwa. Ja jestem zachwycona i życzę sobie więcej.


Współpraca barterowa

Ostre Pióro 2026

273 str

Piastunka letnich snów - Joanna Szarańska

 


Maria wraca do Granic. Ale tym razem nie do siedliska, a do malutkiej chaty pod lasem, by wraz z Krystynką odnowić Malarkę Wiosennych Łąk. I usłyszeć o matce kobiety, poznać ją bliżej.

Maria wraca do Granic, a ja razem z nią, jak do wytęsknionego miejsca, gdzie można zaczerpnąć oddechu, usiąść na ławeczce i po prostu być. Malarkę również uwiodło proste, choć ciężkie życie. Zachwyca się jego niespiesznością, ustalonym rytmem i prostą koleją rzeczy. A ja miałam to szczęście patrzeć na staw, las, cmentarz, Aleję Westchnień i całą okolicę jej oczami. A było na co. Bo autorka znów zachwyca plastycznością opisów, pochyleniem nad grą świateł i najmniejszym szczegółem. Dzięki temu Granice nabierają kształtów, kolorów i zapachów. Zamykam oczy i jestem tam, w tamtym miejscu. I czasem słyszę głuchy odgłos siekiery Krystynki.

Ta część jest poświęcona kociej opiekunce. Poznajemy jej bolesną historię, dzięki temu poznajemy bliżej i ją. To postać nieoczywista, stworzona trochę przeszłością, trochę opiniami ludzi. Teraz możemy zdrapać to, co zostało przyklejone, oderwać krzywdzące opinie i poznać kobietę taką, jaka jest. Jest to ważne nie tylko w książce, ale też na co dzień, byśmy nie oceniali ludzi według tego, co o nich mówią, bo możemy kogoś skrzywdzić lub pozbawić się szansy na wspaniałą znajomość.

I choć dużo kręci się w tym tomie wokół Krystynki, nie jest ona jedyną postacią. Maria zawiera nowe znajomości, skutkujące dobrem i złem, jak to w życiu. Rozwija też przyjaźnie wcześniej zadziergnięte. Pojawia się Ewa ze sklepu, bibliotekarka, Kacper Kosiński, właściciel siedliska z córką też odegra swoją rolę. Każdy z bohaterów jest świetnie wykreowany, ale Julcia skradła moje serce.

Dużo miejsca autorka poświęca również relacjom między Marią a jej córką. W tym tomie trudnym, burzliwym. Nawet Granice chwilami nie pomogą,

Granice to plasterek na rany, herbata czekająca na stole po ciężkim dniu. Uśmiech ukochanej osoby. To ciepłe, otulające miejsce, w którym nie nikną problemy, ale które daje chwilę, by od nich odpocząć i podejść z jaśniejszą głową. Dzięki nim siadam, zaczynam słuchać i wszystko ze mnie opada. Dla mnie to książkowy dom, jeden z wielu stworzonych przez Joannę Szarańską. Bo i na Miodową chętnie wracam. Nie, nie mówię o niej przypadkiem, znajdziecie o niej wspomnienie w tej książce.

Pokochałam Granice, jak pokochałam kiedyś Miodową. I cieszę się, że tych książkowych domów dzięki autorce mam coraz więcej. Chętnie do nich wrócę. Żeby odpocząć, pośmiać się, popłakać. Po prostu pobyć.


Czwarta strona 2024

Storytel 10 h 1 min

Sekrety domu Wintera - Alicja Czarnecka-Suls

 


Tęskniliście za Starszakami w akcji? To świetnie, bo ekipa czwórki przyjaciół wybrała się na Fuerteventurę. Oczywiście zebrać kolejne materiały do książki Luli i odpocząć. Tylko jak odpocząć, jak zaraz po przyjeździe dostaje się mandat, a na płocie w nocy zawisły zwłoki?

Już wiecie, że z Lulą, Adą, Krisem i Gabrysiem nudzić się nie można. Ale to, co autorka robi od samego początku tej części to już jest jazda bez trzymanki. Dość dosłownie. A potem jest już tylko lepiej. Albo gorzej, zależy, kto pyta. Starszaki prawie mieszkają na miejscowej komendzie, co chwila musząc się opowiadać po co przyjechali, co robili w danym miejscu w złym czasie i, o zgrozo, z wieku. No doprawdy, ile razy można kobietę pytać o wiek?

Akcja książki toczy się równolegle w teraźniejszości i w czasie drugiej wojny światowej. Jest to mój ulubiony okres w historii, pełen tajemnic, trudnych wyborów i zdarzeń, które nigdy nie powinny się stać, a o których nigdy nie możemy zapomnieć. I tak właśnie jest tutaj. Historię poznajemy z punktu widzenia marynarza służącego na niemieckim U-Boocie, wiernemu swemu wodzowi, idącemu za nim w ciemno. Szalenie mi się ten wątek podobał. Był nie tylko dopracowany pod względem historycznym, również tło obyczajowo-moralne było świetnie przedstawione. A właśnie to cenię w książkach sięgających w przeszłość – odniesienie do tego, co czuli i co robili ludzie w tamtych czasach. To przecież oni tworzą historię.

Pamiętnik Ricarda to w majstersztyk. Najbardziej zachwycił mnie w całej książce. Bardzo lubię ten sposób prowadzenia narracji, a akurat w przypadku tego bohatera otwiera on zamki do kilku sekretów i pozwala poznać motywy osób pływających na U-Bootach. Nie zrozumieć, ale poznać.

W Sekretach domu Wintera historia sięga teraźniejszości, pobudzając wyobraźnię legendą i plotkami o tym, że pod domem Wintera jest ukryty właśnie U-Boot. Oczywiście, że rozpala to wyobraźnię Starszaków. Oczywiście, że muszą tam poleźć, a dokładniej dopłynąć, narażając się na niechęć wrogo do tego nastawionych miejscowych biznesmenów. Przepis na kłopoty? I to jakie!

Już w poprzednim tomie polubiłam lekko ironiczny styl autorki. Tym razem również się nie zawiodłam. Są momenty pisane lekko, z humorem. To sprawia, że można wziąć głęboki wdech przed tym, co w książce poważne i wymagające zastanowienia i przemyślenia. Proporcje między jednym, a drugim są świetnie wyważone. Czyta się przez to bardzo przyjemnie, wręcz płynie się przez fabułę.

Mam nadzieję, że to nie koniec przygód świetnej czwórki. Chętnie poznam z nimi kolejne tajemnicze miejsca, pokopię w historii polskiej, jak i powszechnej, a także ich rodzinnej, bo tego też w tej części nie brakuje. Zżyłam się z Lulą, Ada, Krisem i Gabrysiem, traktuję ich jak przyjaciół i chętnie jeszcze poczytam o tym, co wymyślili, żeby znów komuś podpaść.


Współpraca barterowa

Wydawnictwo Mięta 2025

432 str

Vice Versa - Milena Wójtowicz

 


Jakby było mało Piotra, Sabinki i ducha księgowej, to do grupy psychologiczno-behapowskiej dołącza dziadówa borowa. Bo czemu by nie?

Kto czytał pierwszy tom, ten wie, że normalnie nie będzie, bo nawet nie próbowało być. Nadal mamy chaos, nienormatywnych i pierniczki. A te to w ilościach dowolnych. Bo Binka znowu ma zapędy. Mordercze. I nawet sesje u mamy Piotra niewiele dają.

Zacznijmy może od niej. Bowiem Maria Strzelecka pojawiała się już w pierwszym tomie, ale tutaj jest jej więcej. Trochę dzięki temu poznajemy przeszłość, trochę znów możemy pogłówkować kim w świecie nienormatywnych jest jej syn. Bo sam nadal skrzętnie to próbuje ukrywać. Oczywiście autorka nie byłaby sobą, gdyby nie dodała Marysi jakiejś tajemniczej historii i kilku niedopowiedzeń. Będzie się działo.

W ogóle na brak akcji nie możemy narzekać, bo pojawiają się zakochane kundle, wilkołaki znaczy. W połączeniu z magicznymi odpadami, złośliwością autorki i całą resztą dostajemy mieszankę iście wybuchową. I tu znów dochodzimy do dziadówy borowej. Z wilkołakami i zatruciem lasu ma dużo wspólnego, ale bardziej podoba mi się w innej akcji. Bo została jej przypisana akcja nad akcjami. Mianowicie trzeba miasto uwolnić od potwora zamieszkującego Nysę. Jaki potwór i czy naprawdę potworny – musicie przeczytać, ale na własną odpowiedzialność. Pewnych piosenek możecie już nigdy więcej nie móc słuchać bez skojarzeń.

Oczywiście nie obyło się bez potknięć, pomyłek i w ogóle grubych pomyłek. Dzięki temu, jak zawsze, jest trochę strasznie, strasznie wesoło i ogólnie przesympatycznie. Oczywiście w stylu autorki.

Uwielbiam tę serię. Bawię się przy niej coraz lepiej z tomu na tom. A bohaterów traktuję jak dobrych, choć mocno szurniętych, przyjaciół. Szkoda tylko, że nie mieszkamy jakoś bliżej siebie. Mogłabym nawet piec Sabinie tony ciast, które pochłania naprawdę hurtowo.

Pamiętajcie jednak, że trzeba lubić sposób pisania autorki. Nie każdemu przypadnie on do gustu. Bywa chaotycznie, sarkastycznie, czasem obrazoburczo. Ale fani naszych, słowiańskich wierzeń będą piać z zachwytu, jeśli tylko polubią właśnie ten styl.


Storytel 8 h 43 min

Łączna liczba wyświetleń