Siewcy koszmarów - Martyna Raduchowska

 


Koniec świata zapowiedziany przez Joannę tak jakby się nie odbył. No właśnie, tak jakby, bo coś tu się nie zgadza, niebo z ziemią pękają, a wszystko wokół jest… No właśnie takie jakieś nie takie.

Uwaga, będzie spoiler, więc jak nie czytaliście wcześniej, to następny akapit omińcie.

No i komu przeszkadzał koniec trzeciego tomu, ja się pytam? Co było złego w pokonaniu przeciwności wszystkiego, nie tylko losu, rozprawieniu się ze złem i napisem końcowym: dogryzali sobie po kres swych dni i jeszcze dłużej, który pojawił się w mojej głowie? Komu to przeszkadzało? Autorce. A ona ma władzę nad bohaterami i może sobie zrobić z nimi, co chce. No i zrobiła.

Jeżeli w poprzednim tomie uważałam, że Martyna Raduchowska zdolna jest do wszystkiego, a ona i tak pogalopowała pięćdziesiąt kilometrów poza to wszystko (kto czytał, ten wie, kto nie wie, niech czyta), to tutaj już naprawdę wiedziałam, że „wszystko” jest bardzo pojemne i jest bardzo daleko. I już wiem, gdzie ono jest. I wiecie co? Nic nie wiem.

Tymi trzema słowami można opisać całą książkę: nic nie wiem. Nie wiedziałam, co jest jawą, co snem, co prawdą, a co kłamstwem. Nie umiałam odróżnić rzeczywistości od ułudy, a chwilowe przebłyski też traktowałam z ogromną wątpliwością i podejrzliwością. Nie wiedziałam, gdzie prawo, gdzie lewo, gdzie góra, a gdzie dół, bo świat stanął na głowie i jeszcze wywinął koziołka.

Sen. Fantasmagoria. Śmierć. Opętanie. Strach. Złudzenie. Niebyt. Przerażanie. Zwątpienie. Koszmar. To rzeczywistość czwartej części. I wiele, wiele dalej. Dalej, niż się spodziewacie. Nie będzie spokojnie. Z każdą stroną, z każdym zdaniem coraz głębiej wchodzi się w szaleństwo, które nie ma końca.

A w tym wszystkim Smok – policjant skała, klucz do wszystkiego. Już nie taki zwykły, jak do tej pory, najważniejszy. Próbujący spinać, sklejać, zszywać i trzymać w pionie tych, którzy najchętniej zapadliby w beznadzieję i sen. Choćby wieczny.

To jest książka, którą chce się rzucić i dalej nie czytać. Tylko nie można. Bo siedzi w umyśle, wpija się w głowę, drąży myśli i nie pozwala o sobie zapomnieć. Nie da się przestać, bo duszna atmosfera całej książki przenika czytelnika na wskroś. Pali też ciekawość, by odkryć prawdę, by uratować to, co jest jeszcze do uratowanie. A do tego trzeba czytać.

Nie znoszę tej części. I kocham każdą jej literkę. A końcówka… O wszechświaty, zaświaty i wszystkie uniwersa! Absolutnie nie byłam na to gotowa, choć wydawało mi się, że to, jak przeczołgał mnie ten tom przygotuje mnie na wszystko. Jak widać, znów się myliłam.

A na koniec. Dwa słowa dla Idy. I dwa słowa dla Kruchego. Autorce też. Pomimo wszystko. I całej reszcie. Na wieki. I jeszcze dłużej.


Wydawnictwo Mięta 2026 525 str

Współpraca barterowa

Fałszywy pieśniarz - Martyna Raduchowska

 


Tego tomu nie czytałam wcześniej, miałam na półce i z jakiegoś powodu nie czytałam. Na szczęście teraz mogłam nadrobić, choć czy możemy mówić o szczęściu, jeśli mówimy o Idzie?

Również ten tom ma prequel dopisany przez autorkę (posiadaczy poprzednich części zachęcam do zapoznania się w formie ebooka). Ponura żniwiarka i przędzarz gwiazd jest moim ulubionym dodatkiem. Tyle tu Idy i Kruchego, że na pewno was zachwyci. I jeszcze bardziej ich pokochacie.

Czego możemy spodziewać się po tym tomie, zważywszy, że po autorce można spodziewać się wszystkiego? No właśnie wszystkiego i jeszcze więcej. Firma musi bowiem po części współpracować z policją, gdyż nowe mordy są na granicy obu światów. Nadal mamy tutaj sprawę Kusiciela, która niby stoi w miejscu, ale powoli pewne wątki są zbierane do kupy. Głównie dzięki Idzie, której udaje się zidentyfikować anonimowe ciało w grobie. Jak możecie się więc domyślać, jest coraz bardziej mrocznie i coraz mniej bezpiecznie.

Jednak to, co dzieje się w pierwszych rozdziałach to jest zamach na dobre samopoczucie czytelnika! Przecież tego nie da się w żaden sposób przewidzieć, już nie mówiąc o jakimkolwiek przygotowaniu na takie emocje i taką wiedzę! Już jako tako oswojona z umiłowaniem autorki do wpędzania Idy w najgorsze kabały czytałam sobie spokojnie, aż nagle mocno wciągnęłam powietrze i jakoś nie mogłam go wypuścić. Czytanie na bezdechu jest ciężkie, serio.

A to nie koniec z nagłymi zwrotami akcji, przy których człowiek się zastanawia, czy może znieść jeszcze więcej. Może, zdecydowanie może i co gorsza, sam chce więcej. Tylko, ja się pytam, jak coś takiego może spadać na Idę? No ja wiem, Pech, kanalia i te sprawy, ale żeby aż tak?

Nie wiem, jaka magia czy urok tkwią w tej książce. Czy to za sprawą świetnie wykreowanych bohaterów, czy dogłębnie przemyślanej historii, w której wszystko ma znaczenie i jest po coś, nawet hiacynty na oknie, czy może cudownego stylu, ale od tej serii naprawdę ciężko się oderwać. Człowiek brnie głębiej, już coraz mniejszej liczbie rzeczy się dziwiąc i tylko zastanawiając się, jak daleko sięga pech. I poświęcenie.

Kocham w tej książce wszystko i jednocześnie wszystkiego nie lubię. Nie lubię, jak traktuje się moich ukochanych bohaterów, nie lubię tego, że chcę ich dalej widzieć w tarapatach, bo wtedy są tacy paskudnie cudowni. Nie lubię braku snów i ognia. A jednocześnie czekam na dalej, więcej, mocniej. Bo to wszystko tak pięknie zaplata w coraz mocniejsze więzy to, co dzieje się między Idą, a Kruchym.

Kocham to, że jest następny tom. I jednocześnie bardzo się go boję.

 Uroboros 2019 400 str

Storytel z Wydawnictwem Mięta 2025 16 h 59 min

Demon Luster - Martyna Raduchowska

 


Jak już ustaliliśmy przy poprzednim tomie, Ida nie ma lekko. No ale ciężko mieć lekko, jak ma się Pecha. Wtedy nawet zgubienie maga z duszą nie wydaje się niemożliwe. I złożenie przysięgi mówiącej o własnym niebycie, jak się tej duszy w zaświaty nie zaprowadzi też jakoś nie szokuje. Przecież to Ida.

I właśnie przez to dziewczyna musi zrobić wszystko, by wyrwać duszę Mikołaja ze szponów Demona Luster. A czytelnik z dziką radością i pieśnią na ustach lezie z nią w każdą przygodę, w jaką się wpląta. Po prostu nie da się inaczej, Idę kocha się od pierwszego zdania, a jak się już jest w drugim tomie to już to miłość aż po grób. Niestety w tym tomie zapowiada się to na bardzo krótką miłość.

Na szczęście autorka i do tego tomu popełniła opowiadanie wstępne, takie zacne objętościowo, wyjaśniające bardzo dużo. Tym razem nie cofamy się do przeszłości Idy, jak w Maszkaradzie, ale poznajemy historię Joanny, ptaszycy co chwilę płonącej na jabłonce szamanki. Gdy zapłacze rajski ptak to historia pokręcona, sięgająca wierzeń i mitów i jak zawsze pokazująca kolejne, bo już na pewno nie drugie i nie trzecie, dno całej historii Idy. Naprawdę polecam przeczytać przed drugą częścią. Ebook dostępny w sprzedaży, jeśli ktoś ma wydanie starsze.

Wróćmy do głównego cyklu. Zachwyca mnie cała historia. Wyjść z podziwu nie mogę, że można wymyślić taki świat i takie perypetie. Oraz takie postacie. Bo postacie są ogromną siłą całej powieści. I naprawdę nie wiem, kogo kocham bardziej. Idę oczywiście, bo jej nie da się nie kochać. Ale Chrupki, znaczy Kruchy, też zajmuje ogrom miejsca w moim sercu. Posępny, ironiczny, paskudnie niemiły, wyżerający wszystko z lodówki i tak szalenie opiekuńczy stanowi jeden z filarów tej historii. Bez niego i bez jego tajemnic nie byłoby tak ciekawie. Intryguje mnie, zachwyca, budzi najcieplejsze uczucia.

Tekla. Klasa sama w sobie. Chodząco-płynąca doskonałość w zakresie zgryźliwości, uszczypliwości i wsparcia dla bliskich. Kocham jej manierę w mówieniu, ubieraniu się i ogólnie byciu i tylko czekam, aż znów wypłynie w życiu szamanki.

Kwiatek. Świeżo poznana kobieta-taran. Różowy. Wie wszystko, widzi wszystko, może chyba też wszystko, ale co do tego muszę się jeszcze upewnić. Nieodzowna pomoc w sprawie zdawać by się mogło beznadziejnej.

Pech. Peh. Kanalia. Padalec przebrzydły. Choć słodki. Tak, kochałam, tak, uwielbiałam wstawki o nim, ale tylko krowa nie zmienia poglądów, prawda? To wszystko, co dzieje się w tym tomie zmieniło moje podejście do kolegi.

Nie można też zapomnieć o Gryzaku, słodkim łapaczu snów, który ratuje Idę, gdy ta próbuje spać.

Cała ta gromadka, i kilka osób postronnych, sprawia, że przez książkę się płynie. Od strony do strony, od zdarzenia do zdarzenia. Coraz głębiej wchodząc w mrok, śmierć i pustkę, coraz mocniej chcąc się z niej wydostać, za wszelką cenę. Próbując wraz z Idą i Kruchym poznać tajemnice Demona Luster, Kusiciela i uratować Mikołaja. Kto jest kim, do czego to doprowadzi i czy w ogóle można te zagadki rozwiązać – dowiecie się czytając.


Uroboros 2018  str 415

Stroytel z Wydawnictwem Mięta 2025 16 h 10 min (z opowiadaniem)

Malarka wiosennych łąk

 


Maria maluje, a przynajmniej kiedyś malowała. Po zdradzie najbliższej osoby nie ma do tego serca. W rozmowie z dawno niewidzianą przyjaciółką upatruje więc zmiany. Nie sądzi, że zmiana przyjdzie wraz z miejscem, które odwiedzi.

Do Granic przyjeżdża spotkać się, by odnowić znajomość. A znajduje miejsce, jak z baśni, a na pewno z powieści. I tak, mnie też urzekło Siedlisko i jego porównanie do Ani z Zielonego Wzgórza. Nie od dziś wiadomo, że kocham pióro Joanny Szarańskiej właśnie za to, że tak pięknie tworzy miejsca, o których pisze, że zawsze mnie oczaruje. Tutaj też widziałam staw, jakbym nad nim siedziała, czułam zapach dusznej stodoły z unoszącymi się pyłkami kurzu w powietrzu i czułam na skórze słońce prześwitujące przez deski. Z radością zanurzyłam się w ciemnej, trochę ponurej, ale na pewno przytulnej sypialni w Siedlisku. I zaciągnęłam zapachem świeżo upieczonego chleba.

Autorka pisze o malarce, ale sama nią jest, tylko ona maluje słowem. Te wszystkie miejsca ożywają, stają się bliskie sercu i takie, jakbyśmy tam byli i tylko na chwilę odeszli. Tak samo czarodziejsko buduje atmosferę. Nieprzychylność i serdeczność mieszkańców odmalowana, jak żywa, choć ta nieprzychylność ma drugie dno i wiąże się bardziej z nieznajomością. Też tak typowe zachowanie dla mieszkańców małych miasteczek i wsi.

Jednak nie z samych pejzaży i atmosfery zbudowana jest ta książka. To, jak zawsze bardzo trafna i wnikliwa, opowieść o ludziach. Autorka ma niebywały dar dostrzegania małych cudów codzienności oraz ukrytych za uśmiechem, skrzywieniem warg, skuleniem ramion historii ludzi. I właśnie te historie opowiada. Z należytą uwagą skupieniem i delikatnością. W tej książce mamy nie tylko historię Marii, co tu kryć, dość burzliwą, ale przede wszystkim historię Krystynki – kociej opiekunki.

To taka miejscowa dziwaczka, owiana mgłą tajemnicy, stroniąca od ludzi. Otoczona przez miejscowych subtelną opieką, przez którą chronią ją przed obcymi. Jednak Marii udaje się dotrzeć do kobiety. Czy aby jednak na pewno ścieżka wiodła od malarki ku kobiecie?

Jest też tajemnica Kacpra Kosińskiego i jego córki, dla ogółu rozkapryszonej pannicy. O nich niewiele w tym tomie, ale wiem, że w twórczości autorki wszystko jest po coś i o nich też się co nieco dowiemy.

Jestem oczarowana. I kocham Granice, jakby tam był mój dom. Będę tam też wracać z westchnieniem ulgi po ciężkim dniu. Jak do domu właśnie. A Wam polecam poznać te ścieżki, zaciągnąć się zapachem lasu i wody i dać się oczarować.

Czwarta strona

Storytel 11 h 11 min

Szamanka od umarlaków - Martyna Raduchowska

 


Ida jest dziedziczką znamienitego magicznego rodu. I ten ród ma wobec niej dalekosiężne plany. Ida też ma Plany, takie przez duże „P”. Tylko, że jedne i drugie plany nijak się ze sobą nie zbiegają. Bo Ida nie ma magicznych zdolności. Ma za to Pecha. I widzi zmarłych. Tych, którzy dokonali już żywota i tych, którzy dokonają go w przyszłości. Brzmi świetnie nie?

Dla Idy też nie. Dar się jej nie podoba, nie ma zamiaru też o nim mówić rodzicom, bo już w ogóle by jej nie wypuścili na normalne studia. Tak nakreślona sytuacja powinna mnie skłonić do natychmiastowego czytania tej książki. No i przeczytałam, potem zapomniałam, więc jak Wydawnictwo Mięta ogłosiło nabór do czwartej części, musiałam sobie to i owo przypomnieć. Tu z pomocą przyszedł audiobook.

I tu pojawił się problem, bo poprzednie części mam w innych wydaniach i zmroziło mnie, jak zaczęłam słuchać, że autorka zechciała w fabule zrobić Idzie, która była jej pierworodnym dzieckiem, jesień średniowiecza. Na szczęście zrobiła tylko kilka kosmetycznych poprawek, a do tego popełniła opowiadanie (takie zacne, na sporo stron) Maszkarada, w którym to i owo dodała i wyjaśniła. Tak czy inaczej, można czytać inne wydania i nadal kochać Idę, bo dziewczyna nadal jest taka sama.

Czyli jaka? Zuchwała, z marzeniami większymi niż ustawa przewiduje, odwagą, by je spełniać i Pechem. No cóż ja poradzę, że Pech jest moim ukochanym bohaterem, który pojawia się tak dramatycznie rzadko? Wiem, wiem, Ida jest zadowolona, jak drań śpi. Ale ja go uwielbiam, pewnie też przez to, jak komplikuje dziewczynie życie.

Szamanka od umarlaków to zasadniczo pierwsza część, ale naprawdę warto najpierw zapoznać się z Maszkaradą. Będziecie piać z zachwytu. Jeśli macie stare wydanie, śmiało można kupić opowiadanie w formie ebooka. Pokazuje charakterek Idy, jej koneksje rodzinne i podejście do magii i bycia szamanką. Warto.

A sama książka? Fenomenalna to mało powiedziane. Zaintrygowała mnie od pierwszych stron i teraz dźwięków i nie pozwoliła odetchnąć, póki nie skończyłam. Bawi mnie setnie, ten humor bardzo trafia do mojego poczucia humoru, a autorka mocna trafia w cały mój gust czytelniczy.

Mamy tu zjawy, duchy, demony i czarną magię. Trochę tajemnic i niebezpieczeństw. Rytuały legalne i te mniej. Błądzenie po omacku, świetną willę i zagadkę kryminalną. I Kruchego. Którego też uwielbiam, jako łowcę, człowieka i chodzącą zagadkę.

Kto nie czytał, niech szybko nadrabia, a ja niebawem wrócę do Was z recenzją drugiej części.


Fabryka Słów 2011 383 str

Storytel z Wydawnictwem Mięta 2024 13h 47 min

Dziewięć kołatek Troya - Alicja Czarnecka-Suls

 



Poszukajmy razem z bohaterami skarbu templariuszy, weźmy udział w porachunkach kibolskich, i to międzynarodowych, odzyskajmy średniowieczny artefakt.

Kogo widzicie w obsadzie takiej książki? Młodych, sprytnych ludzi, którzy nie boją się niczego i nic nie jest w stanie im przeszkodzić? W zasadzie wszystko się zgadza, tylko bohaterowie młodzi już byli, choć przecież wiek to tylko liczba. Dostajemy tu młodych duchem i pragnieniami Lulę, Gabrysia, Adę i Krisa. Wszyscy po sześćdziesiątce i każdy, jak jeden, z ogromnym apetytem na życie.

Kocham tę książkę właśnie za to. Za tych bohaterów, którzy nie zasiedli w fotelach, z gazetą albo przed telewizorem. W zamian za to czerpią z życia garściami, tworzą wspomnienia, piszą książki i szukają nowych wrażeń. Skoro więc wpadają na trop kołatki z drzwi bazyliki w Czerwińsku, nie zamierzają go porzucić. Idą jego śladem aż do Dagoberta Troya, który to kiedyś tę kołatkę z drzwi bezprawnie wyrwał.

Czy kradzież czegoś, co już zostało ukradzione jest kradzieżą? Czy można oszukać oszusta? Jak zgłosić nękanie i groźby, skoro się nękającemu i grożącemu świsnęło coś z mieszkania? Czy rodzice powinni dzieci wypytywać o znajomych i zainteresowania? Na te i wiele innych pytań muszą sobie odpowiedzieć bohaterowie. A wszystko to w pięknych okolicznościach przyrody, ponurych murach bazyliki i z tajemnicą z przeszłości w tle.

Sympatyczni, choć trochę szaleni bohaterowie to nie jedyny atut tej książki. Autorka naprawdę pięknie kreśli nie tylko sytuacje, w których znajdujemy bohaterów, ale również tło tych sytuacji. Bazylika jest tak pięknie opisana, że mam wrażenie, że siedzę w niej razem z Lulą, Gabrysiem, Adą i Krisem. Tak samo spływ rzeką, do tej pory mam dreszcze z zimna i przerażenia. Bo autorka świetnie oddaje też emocje. A tych w książce nie brakuje, nie tylko tych związanych z artefaktem, bo i o życiu szalonej czwórki wiele się dowiadujemy.

Bardzo podoba mi się historyczna część książki. Ubarwiona, pisana marzeniami, ale widać w niej pasję i miłość do tego, co do tej pory niewyjaśnione. Zawsze porywały mnie takie opowieści, na poły prawdziwe, na poły wymyślone. I właśnie dlatego tak bardzo pokochałam tę opowieść.

Kibicuję z całego serca całej czwórce, życzę im długiego życia, wielu szalonych wyścigów i znalezionych artefaktów. A sobie możliwości czytania o tym.


Współpraca barterowa

Wydawnictwo Mięta 2024
368 str


Post Scriptum - Milena Wójtowicz



Psycholog i specjalistka BHP mogą pracować razem. Ich działania często się zazębiają. Sęk w tym, że Piotr jest doradcą post mortem, psychologiem nienormatywnych i w ogóle doradcą dla nich, a Sabinka… No cóż… Na BHP zna się, jak nikt inny, również na tym dla nienormatywnych, bo sama swoje krwiożercze instynkty hamuje słodyczami. Toną słodyczy. Które ich księgowa radośnie wpisuje w koszty. Filmy o różnych stworzeniach też – jako pomoce naukowe.
Kim jest Sabinka? Strzygą. A księgowa duchem, ale kocha swą pracę, więc pracuje dalej. I nikt im Urzędzie Skarbowym nie podskoczy, gdy widzi jej pismo. Kim jest Piotr? Tego nie wie nawet Sabinka, choć kochają się platonicznie i na wieki. Na pewno normatywny nie jest, ale swe korzenie ukrywa bardzo, bardzo głęboko. Poznajemy tylko jego uroczą, całą w skowronkach i dobrej energii mamę.

To już powinno Wam dać do myślenia i część z Was pewnie już uciekła z krzykiem. Bo za szalone, za dziwne, za wszystko. Na szczęście część na pewno zostanie. I ta część tę książkę pokocha od pierwszych stron. Bo szalone, dziwne i w ogóle wszystko. Właśnie tak jest z tą książką – wszystko albo nic. Ja należę do tych, którzy pokochali i wielbić będą. Bo do tego wszystkiego, co już napisane, dochodzi jeszcze zagadka kryminalna. Ktoś poluje na nienormatywnych, którzy sobie spokojnie żyją wśród ludzi, nie wadząc nikomu. I Piotr z Sabiną, pełni dobrych chęci i kompletnie nieznający się na tropieniu przestępców, biorą się do dzieła. Oczywiście nie są w tym sami, ale o tym ciii, koniecznie musicie przeczytać.

Jak się zapewne domyślacie jest śmiesznie, czasem strasznie i coraz bardziej skomplikowanie. Nie mogą przecież wpaść na policję i powiedzieć, że ktoś czyha na nienormatywnych. Przecież wampiry i cała reszta nie istnieją, prawda? Prawda? No to się stróże prawa zdziwią…

To nie jest moje pierwsze spotkanie z autorką, czytałam jej „Wrota” i zdecydowanie wtedy kupiła mnie humorem, ale tu już przeszła sama siebie. Czytałam uwagi, że książka jest chaotyczna. Może i trochę na początku trzeba się wciągnąć, zorientować o co chodzi, bo wpadamy na główkę w sam środek akcji. Jednak właśnie na tym polega cały urok tej książki. Nie ma powolnego wchodzenia po uprzednim zapukaniu. Wpadamy w biurowe życie tej pary, jak osoba potrzebująca netetychmiastowej pomocy.

I nie ważne, czy jest za rano, czy za coś. Książka nas pochłania, akcja wciąga i już nigdy nie będziemy tacy sami. Czytacie na własne ryzyko. A już miejscach publicznych szczególnie. Bo wybuchy śmiechu gwarantowane.


SQN 2025 (papier 2018)

Storytel 8h15 min

Antologia z miłością - praca zbiorowa

 

Naprawdę rzadko sięgam po antologie. Przywiązuję się do bohaterów, chciałabym poznać ich bliżej, a krótka forma to mocno utrudnia. Jednak tę miałam już kiedyś w planach, propozycja współpracy z wydawnictwem tylko przyspieszyła tę decyzję.

Antologie mają to do siebie, że każde opowiadanie jest inne. Wszak pisze je wielu autorów, każdy ma swój styl, każdy pisze inaczej o emocjach. Ta jest jeszcze bardziej taka. Mamy tu opowieści współczesne i sięgające przeszłości. Mamy takie, które dotykają przyszłości oraz światów wręcz magicznych. Każde inne.

Są opowiadania dłuższe i takie naprawdę króciutkie. Każde opowiada o miłości, ale nawet ta miłość jest w każdym z nich inna. I to właśnie w „Antologii o miłości” jest najlepsze – pokazanie, ile odcieni miłości możemy poznać. Jest pasja i delikatne uczucie. Rozstania i powroty po latach. Tęsknota i oczekiwanie. Zrozumienie i rozejście się potrzeb i oczekiwań. Cala gama emocji zamknięta w małej książce.

Klika z opowieści zostanie ze mną na zawsze. Najpiękniejsza dla mnie jest ta o Śmierci. Joanna Piguła stworzyła historię, która chwyciła mnie za serce, wyryła się w nim głęboko i na pewno będę do niej wracać. Cudowna, ciepła, choć w początkowym odbiorze bardzo smutna. Również do Mostu dwóch serc Doroty Frątczak będę wracać. I tu bardzo chciałabym poznać dalsze losy bohaterów. Jak im się potoczyło życie, co ze sobą przyniósł kolejny dzień. To na pewno byłaby otulająca historia. Taka sama byłaby Kwiatowa nuta świąt Mileny Gajewskiej. Miłośnicy świątecznych książek na pewno będą zachwyceni tą opowieścią pełną zapachu i szczerości.

Rozwinięcia brakuje mi w opowiadaniu Przemka Osowskiego. Zostawił czytelnika z masą pytań, wątpliwości i chęcią na więcej. Taki sam poziom pytań zostawia po sobie Magdalena Kinga Tereszczuk. Jej Niewidzialny partner budzi niepokój, wręcz namacalnie. I choć to jedno z krótszych opowiadań, pozostaje na długo w pamięci.

Czy warto sięgnąć po ten zbiór opowiadań o miłości? To zależy. Jeśli chcecie poznać milion jej odcieni to koniecznie. Jeśli jednak nie znosicie, jak się wam daje wspaniałych bohaterów z którymi musicie się pożegnać po kilku stronach – sami musicie podjąć tę decyzję. Ale bez czytania możecie żałować, że choć na krótko ich nie poznaliście. Ja nie żałuję. I z nadzieją czekam na rozwinięcie niektórych.


Ostre pióro 2026

e-book 245 str


Łączna liczba wyświetleń