Kryształowy Beat - K-pop academy - Mina Finch

 


Czy kryształowy bęben, z małym futrzastym dodatkiem, wystarczy, by AURA przetrwała mimo tego, że dziewczyny tracą harmonię?

Niestety, ale ten tom mnie nie przekonał. Odbija dość znacząco od serii fantasy i łapania demonów. I tego właśnie mi brakowało. Sięgając po książkę wzorowaną na Łowczyniach Demonów ma się nadzieję na jakąś kontynuację. A tu walki z cieniami nie ma.

Jest za to szkolne życie, szkolne problemy i problemy typowo nastoletnie. Pewnie, to też temat ważny, ale jednak spotykany w wielu innych książkach. Tu relacje między dziewczynami też są ważne, oczywiście, ale nie na nich, według mnie, miała skupić się ta seria. Przez to ten tom bardzo traci w moich oczach. Młodsi czytelnicy pewnie jednak docenią, bo dzięki temu mogą lepiej poznać ulubione bohaterki.

Diamentowy Beat jest dużo spokojniejszy od poprzednich tomów. Głównie przez to, na czym się skupia. I młodszy czytelnik pewnie znów doceni ten zabieg, ale starsi fani serii zapewne będą zawiedzeni. Jak pisałam w poprzednim akapicie, tak powtórzę i tutaj: nie o to chodziło.

Kolejną rzeczą, która zgrzyta jest fakt, że dziewczyny stały się sławne, a ich piosenka viralem i wszyscy je kochają. To tak nie działa. Jest to kompletnie oderwane od rzeczywistości i odbiera całości autentyczności.

Czy jednak naprawdę jest aż tak źle i nic już tej książki nie obroni? Na szczęście nie. Powieść broni się mocno futrzakiem. Słodziak nadaje trochę akcji całości i w ogóle jest mega uroczy. Czy jednak to wystarczy, by obronić całą część? Na pewno pozwala jej trochę wybić się z całkowitego pogrążenia. Jest jednak jeszcze coś. W tym tomie dużo uwagi poświęca się Tae i to mnie akurat cieszy, bo lubię tę dziewczynę. I to kolejny plus, który ratuje trochę sytuację.

Czy ta książka jest zła? Nie. Po prostu nie spełniła moich demoniczno-cieniowych oczekiwań. Jednak młodsi fani serii nadal znajdą sporo przyjemności w lekturze. Ja daję jej jeszcze szansę. Może to, co działo się teraz, odbije się pozytywnie w kolejnym tomie?


Jaguar 2026

144 str

Matka Nikt Wiktor Słojkowski

 


Już od samego początku wiadomo, że to nie będzie łatwa książka. Można się tego spodziewać, a mimo to wali między oczy. Niepozorna, krótka, przerażająca.

Rodzic kocha bezwarunkowo, troszczy się, jest obecny. A dziecko patrzy w niego, jak w obrazek, świętość prawie, istotę nieomylną. To daje władzę, ogromną władzę i nawet mówi się o władzy rodzicielskiej, ale czy ktoś zastanowił się, co to tak naprawdę oznacza?

Dziecko kocha. Bezgranicznie. Bezwarunkowo. Zawsze szuka w sobie winy, jeśli rodzic nie jest zadowolony. Chce zasłużyć na miłość, uwagę, zrozumienie i akceptację. Zgrzyta, prawda? A jednak tak to działa w rodzinach dysfunkcyjnych. I właśnie taką chorą relację pokazuje Wiktor Słojkowski w tej książce.

To swoiste rozliczenie się z przeszłością, nie autora, zaznacza to od razu. Próba zrozumienia mechanizmu manipulacji i pójścia dalej, bez tego ciężaru dźwiganego od dzieciństwa. Zerwania przywiązania i poczucia obowiązku wobec obcej w zasadzie kobiety, bo to przecież matka.

Ta książka boli. Wnika w każdy zakamarek duszy i serca i zostawia w nim ból, niezgodę, niezrozumienie. Oby tylko tyle. Jeśli ktoś u siebie znajdzie któryś z tych mechanizmów, niech natychmiast zgłosi się po pomoc do specjalisty. Bo książka wyraźnie mówi o przemocy, o roli kata i ofiary, gdzie katem jest osoba najbliższa.

To ciężka książka o walce z samym sobą, z tym, co wpajano od lat. Mówi też o walce o siebie, bo takie relacje niszczą i czasem trzeba je zerwać.

Niestety końcówka nie pozostawia złudzeń. Nie pozostawia też nadziei. I nie, nie jest to chwytliwy zabieg i nie psuje to książki, bo spotkałam się z takimi opiniami. To historia, która mogła wydarzyć się naprawdę. Ba, ona się wydarza, wiele razy, w wielu domach. Czasem nawet w tych „najlepszych”. I często nie ma happy endu.

Autor zrzuca matkę z piedestału. Robi to brutalnie, a huk spadającego ideału słyszymy w głowie jeszcze długo po skończonej lekturze.


Wydawnictwo Luna 2026

Storytel 3godz 27 min

Rechtorka - Magdalena Majcher

 


Kiedy ginie nauczycielka najłatwiej oskarżyć uczennicę, którą głębiła. A jak jeszcze dowody świadczą przeciw niej, a dziewczyna się przyznała – sprawa prosta i zamknięta. Nie dla Dyrdy, który, niekoniecznie w najlepszej formie, zaczyna jednak grzebać.

Dyrda w tym tomie dobija do dna swego mniemania o sobie i samopoczucia. Nie chcę wdawać się w szczegóły, nie chcę spoilerować. Można być niżej, ale to, co przeżywa dziennikarz w tym tomie łamie serce. Szczególnie, gdy się go lubi, a ja pałam do niego sympatią już od pierwszej części.

Tu należą się ogromne ukłony w stronę autorki, bo ta postać, a raczej jej przeżycia są odbiciem przeżyć jej samej i jej rodziny. Otwarcie o tym mówi. Jednak to nie jest tylko jej swoista terapia. To ogromny apel dla innych, którzy zostali wrzuceni w taką samą sytuację. Dla wszystkich, którzy wyrzucają sobie, że mogli zrobić coś więcej, pytają co to mogło być lub zwyczajnie widzą w tym swoją winę. Tu nie ma niczyjej winy. A miłość czasem nie wystarcza.

Wątek obyczajowy w tej serii łamie serce, rozwala go na kawałki, ale też uwrażliwia na coś, co nie zamknęło się na przełomie drugiego tysiąclecia. To nadal się dzieje, choć częściej jest ukryte za zamkniętymi drzwiami domów. A my nie możemy być obojętni.

Jednak życie Dyrdy to tylko tło, wstrząsające, ale jednak tylko tło dla zbrodni, która się wydarzyła. Dziennikarz nie chce się podjąć tej sprawy, nie ma na nią siły. Jednak zacząwszy – wsiąka, nie może się oderwać i nie może nie uratować dziewczyny, przeciw której wszystko się sprzysięgło. Pyta, szuka, drąży temat, narażając się na nieprzyjemności. Nie poddaje się.

Jak zawsze mamy tu bardzo dobrą analizę psychologiczną poszczególnych postaci. Ich motywów, lęków oraz oczekiwań. To jest zawsze najsilniejsza strona true crime w wykonaniu Magdaleny Majcher. Dzięki temu jeszcze głębiej przeżywa się historię, jeszcze mocniej wiąże z bohaterami jakimiś emocjami – czasem sympatią, czasem pogardą, a czasem zwykłą litością. Sprawca też nigdy nie jest czarno-biały.

To miało być ostatnie spotkanie z Dyrdą. Jednak autorka dała nadzieję, że kiedyś jeszcze go spotkamy. I mam nadzieję, że w końcu się uśmiechnie.

Seria Kryminalny Śląsk jest serią wyjątkową nie tylko przez postacie, które w niej poznajemy. To kawał dobrze opowiedzianej historii ludzi tam mieszkających. Prawdziwych, z ich językiem, kulturą i odrębnością, której nie możemy zaprzeczać. To ich głos w świecie pełnym stereotypów.

Polecam serdecznie całą serię. O choć historie w niej opowiedziane nie łączą się bezpośrednio, to historia Dyrdy jest łącznikiem i warto znać wszystko po kolei.


Wydawnictwo WAB 2026

228 str


Łączna liczba wyświetleń