Król potępionych - Zuzanna Staniec




Po Dziewczynie z bandażem nadszedł czas, by sięgnąć po Króla Potępionych. Już wiedziałam, czego się spodziewać, nie było więc zaskoczenia z pierwszej części. Weszłam przez to w tę historię z zupełnie innymi oczekiwaniami.

Najbardziej podoba mi się to, że postacie są jakieś. Popełniają błędy, kierują się emocjami i czasami podejmują decyzje, które mnie irytowały. Nora dojrzewa, zmienia się, zmienia się też jej pogląd na to, co się dzieje wokoło. Nie ma też prostego podziału na dobrych i złych. Bohaterowie w tym tomie często muszą wybierać między dwoma złymi rozwiązaniami. Paradoksalnie właśnie dzięki temu wydawali się bardziej prawdziwi i łatwiej było uwierzyć w ich historię, która, jak na gatunek przystało, jest dość nierzeczywista.
Autorka nie zasypuje czytelnika długimi opisami. Skupia się na tym, co najważniejsze, więc kolejne rozdziały czyta się naprawdę szybko. Trochę kuleją dialogi, są dość sztywne, zresztą, całości przydałaby się porządna redakcja. Jednak ogólnie, bez wchodzenia bardzo mocno w szczegóły czyta się nieźle. Głównie przez to, że autorka nadal utrzymuje ten niepokój w każdym zdaniu.
Jest jeszcze jedna rzecz, dość subiektywna. Jak dla mnie niektóre wydarzenia mogłyby zostać bardziej rozwinięte, bo kończyły za szybko i pozostawiały niedosyt.
Król Potępionych to niezła propozycja dla czytelników, które lubią fantasy z mroczniejszym klimatem i bohaterami, którzy potrafią wywołać różne emocje i nie są idealni. To jedna z tych książek, po których od razu ma się ochotę sprawdzić, co będzie dalej.

Selfpublishing 2026

Kryształowy Beat - K-pop academy - Mina Finch

 


Czy kryształowy bęben, z małym futrzastym dodatkiem, wystarczy, by AURA przetrwała mimo tego, że dziewczyny tracą harmonię?

Niestety, ale ten tom mnie nie przekonał. Odbija dość znacząco od serii fantasy i łapania demonów. I tego właśnie mi brakowało. Sięgając po książkę wzorowaną na Łowczyniach Demonów ma się nadzieję na jakąś kontynuację. A tu walki z cieniami nie ma.

Jest za to szkolne życie, szkolne problemy i problemy typowo nastoletnie. Pewnie, to też temat ważny, ale jednak spotykany w wielu innych książkach. Tu relacje między dziewczynami też są ważne, oczywiście, ale nie na nich, według mnie, miała skupić się ta seria. Przez to ten tom bardzo traci w moich oczach. Młodsi czytelnicy pewnie jednak docenią, bo dzięki temu mogą lepiej poznać ulubione bohaterki.

Diamentowy Beat jest dużo spokojniejszy od poprzednich tomów. Głównie przez to, na czym się skupia. I młodszy czytelnik pewnie znów doceni ten zabieg, ale starsi fani serii zapewne będą zawiedzeni. Jak pisałam w poprzednim akapicie, tak powtórzę i tutaj: nie o to chodziło.

Kolejną rzeczą, która zgrzyta jest fakt, że dziewczyny stały się sławne, a ich piosenka viralem i wszyscy je kochają. To tak nie działa. Jest to kompletnie oderwane od rzeczywistości i odbiera całości autentyczności.

Czy jednak naprawdę jest aż tak źle i nic już tej książki nie obroni? Na szczęście nie. Powieść broni się mocno futrzakiem. Słodziak nadaje trochę akcji całości i w ogóle jest mega uroczy. Czy jednak to wystarczy, by obronić całą część? Na pewno pozwala jej trochę wybić się z całkowitego pogrążenia. Jest jednak jeszcze coś. W tym tomie dużo uwagi poświęca się Tae i to mnie akurat cieszy, bo lubię tę dziewczynę. I to kolejny plus, który ratuje trochę sytuację.

Czy ta książka jest zła? Nie. Po prostu nie spełniła moich demoniczno-cieniowych oczekiwań. Jednak młodsi fani serii nadal znajdą sporo przyjemności w lekturze. Ja daję jej jeszcze szansę. Może to, co działo się teraz, odbije się pozytywnie w kolejnym tomie?


Jaguar 2026

144 str

Matka Nikt Wiktor Słojkowski

 


Już od samego początku wiadomo, że to nie będzie łatwa książka. Można się tego spodziewać, a mimo to wali między oczy. Niepozorna, krótka, przerażająca.

Rodzic kocha bezwarunkowo, troszczy się, jest obecny. A dziecko patrzy w niego, jak w obrazek, świętość prawie, istotę nieomylną. To daje władzę, ogromną władzę i nawet mówi się o władzy rodzicielskiej, ale czy ktoś zastanowił się, co to tak naprawdę oznacza?

Dziecko kocha. Bezgranicznie. Bezwarunkowo. Zawsze szuka w sobie winy, jeśli rodzic nie jest zadowolony. Chce zasłużyć na miłość, uwagę, zrozumienie i akceptację. Zgrzyta, prawda? A jednak tak to działa w rodzinach dysfunkcyjnych. I właśnie taką chorą relację pokazuje Wiktor Słojkowski w tej książce.

To swoiste rozliczenie się z przeszłością, nie autora, zaznacza to od razu. Próba zrozumienia mechanizmu manipulacji i pójścia dalej, bez tego ciężaru dźwiganego od dzieciństwa. Zerwania przywiązania i poczucia obowiązku wobec obcej w zasadzie kobiety, bo to przecież matka.

Ta książka boli. Wnika w każdy zakamarek duszy i serca i zostawia w nim ból, niezgodę, niezrozumienie. Oby tylko tyle. Jeśli ktoś u siebie znajdzie któryś z tych mechanizmów, niech natychmiast zgłosi się po pomoc do specjalisty. Bo książka wyraźnie mówi o przemocy, o roli kata i ofiary, gdzie katem jest osoba najbliższa.

To ciężka książka o walce z samym sobą, z tym, co wpajano od lat. Mówi też o walce o siebie, bo takie relacje niszczą i czasem trzeba je zerwać.

Niestety końcówka nie pozostawia złudzeń. Nie pozostawia też nadziei. I nie, nie jest to chwytliwy zabieg i nie psuje to książki, bo spotkałam się z takimi opiniami. To historia, która mogła wydarzyć się naprawdę. Ba, ona się wydarza, wiele razy, w wielu domach. Czasem nawet w tych „najlepszych”. I często nie ma happy endu.

Autor zrzuca matkę z piedestału. Robi to brutalnie, a huk spadającego ideału słyszymy w głowie jeszcze długo po skończonej lekturze.


Wydawnictwo Luna 2026

Storytel 3godz 27 min

Łączna liczba wyświetleń