Vice Versa - Milena Wójtowicz

 


Jakby było mało Piotra, Sabinki i ducha księgowej, to do grupy psychologiczno-behapowskiej dołącza dziadówa borowa. Bo czemu by nie?

Kto czytał pierwszy tom, ten wie, że normalnie nie będzie, bo nawet nie próbowało być. Nadal mamy chaos, nienormatywnych i pierniczki. A te to w ilościach dowolnych. Bo Binka znowu ma zapędy. Mordercze. I nawet sesje u mamy Piotra niewiele dają.

Zacznijmy może od niej. Bowiem Maria Strzelecka pojawiała się już w pierwszym tomie, ale tutaj jest jej więcej. Trochę dzięki temu poznajemy przeszłość, trochę znów możemy pogłówkować kim w świecie nienormatywnych jest jej syn. Bo sam nadal skrzętnie to próbuje ukrywać. Oczywiście autorka nie byłaby sobą, gdyby nie dodała Marysi jakiejś tajemniczej historii i kilku niedopowiedzeń. Będzie się działo.

W ogóle na brak akcji nie możemy narzekać, bo pojawiają się zakochane kundle, wilkołaki znaczy. W połączeniu z magicznymi odpadami, złośliwością autorki i całą resztą dostajemy mieszankę iście wybuchową. I tu znów dochodzimy do dziadówy borowej. Z wilkołakami i zatruciem lasu ma dużo wspólnego, ale bardziej podoba mi się w innej akcji. Bo została jej przypisana akcja nad akcjami. Mianowicie trzeba miasto uwolnić od potwora zamieszkującego Nysę. Jaki potwór i czy naprawdę potworny – musicie przeczytać, ale na własną odpowiedzialność. Pewnych piosenek możecie już nigdy więcej nie móc słuchać bez skojarzeń.

Oczywiście nie obyło się bez potknięć, pomyłek i w ogóle grubych pomyłek. Dzięki temu, jak zawsze, jest trochę strasznie, strasznie wesoło i ogólnie przesympatycznie. Oczywiście w stylu autorki.

Uwielbiam tę serię. Bawię się przy niej coraz lepiej z tomu na tom. A bohaterów traktuję jak dobrych, choć mocno szurniętych, przyjaciół. Szkoda tylko, że nie mieszkamy jakoś bliżej siebie. Mogłabym nawet piec Sabinie tony ciast, które pochłania naprawdę hurtowo.

Pamiętajcie jednak, że trzeba lubić sposób pisania autorki. Nie każdemu przypadnie on do gustu. Bywa chaotycznie, sarkastycznie, czasem obrazoburczo. Ale fani naszych, słowiańskich wierzeń będą piać z zachwytu, jeśli tylko polubią właśnie ten styl.


Storytel 8 h 43 min

Siewcy koszmarów - Martyna Raduchowska

 


Koniec świata zapowiedziany przez Joannę tak jakby się nie odbył. No właśnie, tak jakby, bo coś tu się nie zgadza, niebo z ziemią pękają, a wszystko wokół jest… No właśnie takie jakieś nie takie.

Uwaga, będzie spoiler, więc jak nie czytaliście wcześniej, to następny akapit omińcie.

No i komu przeszkadzał koniec trzeciego tomu, ja się pytam? Co było złego w pokonaniu przeciwności wszystkiego, nie tylko losu, rozprawieniu się ze złem i napisem końcowym: dogryzali sobie po kres swych dni i jeszcze dłużej, który pojawił się w mojej głowie? Komu to przeszkadzało? Autorce. A ona ma władzę nad bohaterami i może sobie zrobić z nimi, co chce. No i zrobiła.

Jeżeli w poprzednim tomie uważałam, że Martyna Raduchowska zdolna jest do wszystkiego, a ona i tak pogalopowała pięćdziesiąt kilometrów poza to wszystko (kto czytał, ten wie, kto nie wie, niech czyta), to tutaj już naprawdę wiedziałam, że „wszystko” jest bardzo pojemne i jest bardzo daleko. I już wiem, gdzie ono jest. I wiecie co? Nic nie wiem.

Tymi trzema słowami można opisać całą książkę: nic nie wiem. Nie wiedziałam, co jest jawą, co snem, co prawdą, a co kłamstwem. Nie umiałam odróżnić rzeczywistości od ułudy, a chwilowe przebłyski też traktowałam z ogromną wątpliwością i podejrzliwością. Nie wiedziałam, gdzie prawo, gdzie lewo, gdzie góra, a gdzie dół, bo świat stanął na głowie i jeszcze wywinął koziołka.

Sen. Fantasmagoria. Śmierć. Opętanie. Strach. Złudzenie. Niebyt. Przerażanie. Zwątpienie. Koszmar. To rzeczywistość czwartej części. I wiele, wiele dalej. Dalej, niż się spodziewacie. Nie będzie spokojnie. Z każdą stroną, z każdym zdaniem coraz głębiej wchodzi się w szaleństwo, które nie ma końca.

A w tym wszystkim Smok – policjant skała, klucz do wszystkiego. Już nie taki zwykły, jak do tej pory, najważniejszy. Próbujący spinać, sklejać, zszywać i trzymać w pionie tych, którzy najchętniej zapadliby w beznadzieję i sen. Choćby wieczny.

To jest książka, którą chce się rzucić i dalej nie czytać. Tylko nie można. Bo siedzi w umyśle, wpija się w głowę, drąży myśli i nie pozwala o sobie zapomnieć. Nie da się przestać, bo duszna atmosfera całej książki przenika czytelnika na wskroś. Pali też ciekawość, by odkryć prawdę, by uratować to, co jest jeszcze do uratowanie. A do tego trzeba czytać.

Nie znoszę tej części. I kocham każdą jej literkę. A końcówka… O wszechświaty, zaświaty i wszystkie uniwersa! Absolutnie nie byłam na to gotowa, choć wydawało mi się, że to, jak przeczołgał mnie ten tom przygotuje mnie na wszystko. Jak widać, znów się myliłam.

A na koniec. Dwa słowa dla Idy. I dwa słowa dla Kruchego. Autorce też. Pomimo wszystko. I całej reszcie. Na wieki. I jeszcze dłużej.


Wydawnictwo Mięta 2026 525 str

Współpraca barterowa

Fałszywy pieśniarz - Martyna Raduchowska

 


Tego tomu nie czytałam wcześniej, miałam na półce i z jakiegoś powodu nie czytałam. Na szczęście teraz mogłam nadrobić, choć czy możemy mówić o szczęściu, jeśli mówimy o Idzie?

Również ten tom ma prequel dopisany przez autorkę (posiadaczy poprzednich części zachęcam do zapoznania się w formie ebooka). Ponura żniwiarka i przędzarz gwiazd jest moim ulubionym dodatkiem. Tyle tu Idy i Kruchego, że na pewno was zachwyci. I jeszcze bardziej ich pokochacie.

Czego możemy spodziewać się po tym tomie, zważywszy, że po autorce można spodziewać się wszystkiego? No właśnie wszystkiego i jeszcze więcej. Firma musi bowiem po części współpracować z policją, gdyż nowe mordy są na granicy obu światów. Nadal mamy tutaj sprawę Kusiciela, która niby stoi w miejscu, ale powoli pewne wątki są zbierane do kupy. Głównie dzięki Idzie, której udaje się zidentyfikować anonimowe ciało w grobie. Jak możecie się więc domyślać, jest coraz bardziej mrocznie i coraz mniej bezpiecznie.

Jednak to, co dzieje się w pierwszych rozdziałach to jest zamach na dobre samopoczucie czytelnika! Przecież tego nie da się w żaden sposób przewidzieć, już nie mówiąc o jakimkolwiek przygotowaniu na takie emocje i taką wiedzę! Już jako tako oswojona z umiłowaniem autorki do wpędzania Idy w najgorsze kabały czytałam sobie spokojnie, aż nagle mocno wciągnęłam powietrze i jakoś nie mogłam go wypuścić. Czytanie na bezdechu jest ciężkie, serio.

A to nie koniec z nagłymi zwrotami akcji, przy których człowiek się zastanawia, czy może znieść jeszcze więcej. Może, zdecydowanie może i co gorsza, sam chce więcej. Tylko, ja się pytam, jak coś takiego może spadać na Idę? No ja wiem, Pech, kanalia i te sprawy, ale żeby aż tak?

Nie wiem, jaka magia czy urok tkwią w tej książce. Czy to za sprawą świetnie wykreowanych bohaterów, czy dogłębnie przemyślanej historii, w której wszystko ma znaczenie i jest po coś, nawet hiacynty na oknie, czy może cudownego stylu, ale od tej serii naprawdę ciężko się oderwać. Człowiek brnie głębiej, już coraz mniejszej liczbie rzeczy się dziwiąc i tylko zastanawiając się, jak daleko sięga pech. I poświęcenie.

Kocham w tej książce wszystko i jednocześnie wszystkiego nie lubię. Nie lubię, jak traktuje się moich ukochanych bohaterów, nie lubię tego, że chcę ich dalej widzieć w tarapatach, bo wtedy są tacy paskudnie cudowni. Nie lubię braku snów i ognia. A jednocześnie czekam na dalej, więcej, mocniej. Bo to wszystko tak pięknie zaplata w coraz mocniejsze więzy to, co dzieje się między Idą, a Kruchym.

Kocham to, że jest następny tom. I jednocześnie bardzo się go boję.

 Uroboros 2019 400 str

Storytel z Wydawnictwem Mięta 2025 16 h 59 min

Łączna liczba wyświetleń