Już od samego początku wiadomo, że to nie będzie łatwa
książka. Można się tego spodziewać, a mimo to wali między oczy. Niepozorna, krótka,
przerażająca.
Rodzic kocha bezwarunkowo, troszczy się, jest obecny. A
dziecko patrzy w niego, jak w obrazek, świętość prawie, istotę nieomylną. To
daje władzę, ogromną władzę i nawet mówi się o władzy rodzicielskiej, ale czy
ktoś zastanowił się, co to tak naprawdę oznacza?
Dziecko kocha. Bezgranicznie. Bezwarunkowo. Zawsze szuka w
sobie winy, jeśli rodzic nie jest zadowolony. Chce zasłużyć na miłość, uwagę,
zrozumienie i akceptację. Zgrzyta, prawda? A jednak tak to działa w rodzinach
dysfunkcyjnych. I właśnie taką chorą relację pokazuje Wiktor Słojkowski w tej
książce.
To swoiste rozliczenie się z przeszłością, nie autora, zaznacza
to od razu. Próba zrozumienia mechanizmu manipulacji i pójścia dalej, bez tego
ciężaru dźwiganego od dzieciństwa. Zerwania przywiązania i poczucia obowiązku
wobec obcej w zasadzie kobiety, bo to przecież matka.
Ta książka boli. Wnika w każdy zakamarek duszy i serca i zostawia
w nim ból, niezgodę, niezrozumienie. Oby tylko tyle. Jeśli ktoś u siebie
znajdzie któryś z tych mechanizmów, niech natychmiast zgłosi się po pomoc do
specjalisty. Bo książka wyraźnie mówi o przemocy, o roli kata i ofiary, gdzie
katem jest osoba najbliższa.
To ciężka książka o walce z samym sobą, z tym, co wpajano od
lat. Mówi też o walce o siebie, bo takie relacje niszczą i czasem trzeba je zerwać.
Niestety końcówka nie pozostawia złudzeń. Nie pozostawia też
nadziei. I nie, nie jest to chwytliwy zabieg i nie psuje to książki, bo
spotkałam się z takimi opiniami. To historia, która mogła wydarzyć się
naprawdę. Ba, ona się wydarza, wiele razy, w wielu domach. Czasem nawet w tych „najlepszych”.
I często nie ma happy endu.
Autor zrzuca matkę z piedestału. Robi to brutalnie, a huk
spadającego ideału słyszymy w głowie jeszcze długo po skończonej lekturze.
Wydawnictwo Luna 2026
Storytel 3godz 27 min