Maneki-Neko Japoński sekret szczęścia i pomyślności

 


To nie jest zwykły poradnik. To książka, która przybliża kulturę Japonii, i nie tylko, jej symbole, przesądy i rytuały, które mają przyciągnąć szczęście do człowieka.

Jeżeli szukacie szczęścia, na pewno zwróciliście uwagę na ten tytuł. Zresztą, nawet bez tego okładka zwraca uwagę. Radosny kot machający łapką chyba każdemu jest znany i właśnie ze szczęściem kojarzony. I ta energetyczna czerwień i złote chmurki. Wszystko razem sprawia, że od razu się uśmiechamy. Również środek jest utrzymany w tej stylistyce i każdy rozdział zaczyna się właśnie takim zastrzykiem energii.

Muszę Was niestety rozczarować, ale od samego posiadania książki nic się w Waszym życiu nie zmieni. Bo o tym właśnie jest ta książka. O masie rzeczy, które mają wspomóc nas w drodze do szczęścia, powodzenia, pomóc nam osiągnąć cele. Ale nie o tym, że to się zrobi samo. Japończycy nie do końca wierzą w to, że samą wiarą można góry przenosić, zwizualizować sobie szczęście i już, zrobione. Właśnie nie. Wiara to bardzo istotny składnik powodzenia, ale oprócz niej trzeba wykonać jakieś działanie w kierunku spełnienia.

Książka zdradza natomiast sposoby na to, by podnieść w sobie tę wiarę, pobudzić ją. Mówi również o tym, jak nie przegapić szans, jak być otwartym. Zwraca uwagę na to, że raz wzbudzona wiara może zniknąć i należy sobie o niej przypominać, na przykład nosząc karteczkę z afirmacją i patrząc na nią co jakiś czas, by znów mieć energię do działania.

Najbardziej mnie zaskoczyły pogrzeby za życia, urządzane w Tajlandii, które mają być nowym początkiem, odrodzeniem. Dla mnie to trochę na pograniczu mistycyzmu, bo przecież musi stać za tym decyzja, by coś w życiu zmienić, ale rozumiem, że taka uroczystość jest mocnym akcentem i wspiera dodatkowo cały proces. Zresztą, sami wiemy, jak to z naszą silną wolą bywa. Czasem nie wystarcza chcieć i nawet próbować coś w tym kierunku robić. Tajlandczycy mają taki dość specyficzny sposób.

Większość z rad zawartych w książce jest dość oczywista. Jednak na co dzień o tym nie myślimy, w ogóle nie kierujemy swej uwagi w tą stronę. Ważne jest więc, aby ktoś to usystematyzował i nam podał gotowe. Taka właśnie jest ta książka. Zbiera rzeczy, które niby gdzieś tam wiemy, ale w codzienności o nich zapominamy. I pozwala uwierzyć, że mamy moc sprawczą, a życie i powodzenie nam się nie tylko należy, ale zależy od nas. A amulety, przesądy i „magiczne” działania mają nam w tym pomóc.

Teraz trzeba się tylko wziąć do roboty.


Współpraca barterowa

Wydawnictwo Otwarte 2026

277 str

Dwa światła - Maria Paszyńska

 


W święto Chanuka rodzi się dziecko. Chłopiec, który w normalnym świecie mógłby się bawić, uczyć, śmiać i rozwijać. Ale tamten czas nie należał do normalnych, a świat oszalał wraz z czasem. Wybucha wojna i ludzie dzielą się na tych miłych Hitlerowi i tych skazanych na śmierć. Chanukowe dziecko jest po tej drugiej stronie.

Są takie historie, które zapadają w serce i już tam zostają. Są takie życiorysy, które warto poznać i pochylić się dzięki nim nad tymi, którym się nie udało. Niczego nie ujmując ocalałym. Dlaczego o tym piszę? Bo Andrzej Czajkowski, o którym napisała Maria Paszyńska, do końca życia mierzył się z syndromem ocalałego. Wyszedł z getta dzięki babce, która przebrała go za dziewczynkę. Matka została. Z kochankiem. O tym też pisze autorka. Ale po kolei.

Postać Andrzeja Czajkowskiego jest prawdziwa. Faktem jest, że był w getcie, ocalał dzięki babce. Faktem jest też to, że matka go porzuciła, wybierając śmierć. Ostre słowa, ale nie mogę na to spojrzeć inaczej. Nie mnie oceniać, nie znam historii te kobiety, jej motywów, miłości do syna i partnera, by ocenić, dlaczego to zrobiła, ale porzuciła dziecko. I cóż, że dla życia, jak to było życie bez niej, co potem kształtowało małego chłopca i nie dawało mu spokoju przez całe życie.

Faktem jest też, że chłopak miał niesamowity talent muzyczny i tu już wkracza wyobraźnia autorki, która zetknęła genialne dziecko z prawdziwym pedagogiem i muzykiem. Namiastka rodziny, troski, tego, jak powinno wyglądać prawdziwe życie. Scena z wanną, tuż po ucieczce z getta złamała mi serce, ale jeszcze bardziej łamały je dopytywania małego, czy profesor będzie już na zawsze.

Maria Paszyńska z niezwykłym wyczuciem opowiada o potwornościach wojny, o tym, co się zdarzyło, choć nie miało prawa. I o tym, że nawet w tym świecie pogrążonym w rozpaczy i nurzającym się w śmierci jest miejsce na radość z muzyki, na tworzenie piękna i zachwyt nim. Chwilami jest to nawet nie do uwierzenia, że gdzieś tam za ścianą łomocą buciory nazistów, a tutaj płynie delikatna melodia. Inny świat, inny czas, choć ta sama przestrzeń.

To wydanie jest wznowieniem powieści Marii Paszyńskiej. Wcześniejsze zostało wydane w 2019 roku i nie miałam odwagi go przeczytać. Dziś wiem, że zgodnie z podejrzeniami, rozwaliła mnie ta książka na atomy, ale wiem również, że nie mogłam jej nie przeczytać. Nie tylko dlatego, by oddać hołd Andrzejowi, który mimo wszystko nigdy wielkiej kariery nie zrobił. Ale także tym, którzy kariery zrobić nie mogli, bo ich życie zostało przerwane przez kaprys człowieka dzielącego ludzi na dobrych i złych. Nie przez ich uczynki, a pochodzenie. To również hołd oddany tym, którzy pomagali, ukrywali, załatwiali papiery, użyczali podłogi, pieca czy szafy. To cisi bohaterowie wojny, który uczynili ten czas lepszym. Światełka w mroku.


Współpraca barterowa

Wydawnictwo Książnica 2026

331 str

Rzeźbiarka jesiennych mgieł - Joanna Szarańska

 


Maria wraca do Granic, by dokończyć przygotowania do wystawy. Jednak nie bardzo ma się zatrzymać, bo u Krystynki mieszka odnaleziona po latach siostra. Kiedy Kacper Kosiński oferuje jej gościnę, nie zastanawia się długo.

Granice i Zwaliska, gdzie odbyć ma się wystawa skąpane są w porannych mgłach, złotym blasku słońca przeświecającego przez złote i czerwone liście. Tajemnicze, czasem nieprzystępne, wiejące chłodem poranka i przynoszące niespodziewane dreszcze na plecach. Zimna? Złego przeczucia? Pachną też ciastem, chryzantemami i dyniami, cieszą oko kolorowymi jesiennymi dekoracjami i dają ukojenie w prostych, zwyczajnych widokach i czynnościach.

Kto był już w Granicach lub czytał jakąkolwiek książkę autorki ten wie, że właśnie tak jest w jej opowieściach. Trochę cukru i trochę dziegciu. Spokój poranka i burza popołudnia, nie tylko w pogodzie. Kotłujące się emocje, które znajdują ujście, gdy ktoś ma w sobie na tyle uważności, by je zauważyć i zatrzymać się na chwilę, by móc je nazwać, złapać, kogoś wysłuchać i mu ulżyć.

Kocham książki autorki za tą uważność właśnie. Za pochylenie się nad cieniem drzewa, zmarszczeniem wody. Nad dostrzeganiem tego, co w ludziach siedzi głęboko, a czasem płytko pod maską pokazywaną innym. To nie jest powieść dla wszystkich. Nie znajdziecie tu szybkiej akcji, przeskakiwania z tematu na temat, galopujących wydarzeń. To książka pełna spokoju, powoli dążące do finału, bez niepotrzebnych rozdmuchiwań. Nie, nie jest wolna od emocji, ale nie są one sztucznie rozbuchane. Tu wszystko ma swój rytm małej miejscowości i serca pojedynczego człowieka. To jego uderzenia wyznaczają rytm. To jego wzruszenia powodują wzruszenia czytelnika.

Co znajdziemy w książce? Tajemnicę. Taką, która jednym życie prostuje, a innym łamie. Bo niby prawda jest jedna, ale odbiór jej zależy już od tego, do kogo trafi. Nigdy tak na to nie patrzyłam, dopiero po lekturze tej książki zaczęłam się nad tym zastanawiać. Jedno zdarzenie może być dowolnie zinterpretowane, a to, w co przez lata wierzyliśmy rzuci na nie jeszcze inne światło.

W tomie dużo dzieje się rzeczy trudnych, smutnych, czasem wywołujących niezgodę czytelnika. Ale jednak nadal Granice otulają spokojem, ciepłem i pewnością, że nawet po burzy tam wyjdzie słońce. Czekam na nie w zimowej odsłonie Granic.


Czwarta Strona 2024

Storytel 8 h 44 min

Łączna liczba wyświetleń