Sto aniołów - Małgorzata Lis

 


Wypad w góry z przyjaciółkami z okazji czterdziestych urodzin brzmi świetnie. Tylko przyjaciółki się wykruszyły. Ula postanawia mimo to nie rezygnować z wyprawy. Samotna wyprawa kończy się niespodziewaną wizytą u miejscowego dziwaka. Co przyniesie ta znajomość?

Już samym wydaniem byłam zachwycona. Otwierając tę książkę miałam wrażenie, że trafiłam do górskiej chaty, sadu z dziecięcych wspomnień i galerii sztuki, bynajmniej nie nowoczesnej, w jednym. Ta książka zachwyca okładką, barwionymi brzegami i aniołami rozrzuconymi po kilku stronach wraz z kodem QR, dzięki któremu możemy obejrzeć cały obraz. Fenomenalne, niespotykane, robiące takie wrażenie, że dech zapiera. Rozmach, klasa, sam pomysł jest po prostu niesamowity.

Anioły odgrywają w tej książce bardzo ważną rolę. Borys, bo tak ma na imię górski dziwak, choć niektórzy nazywają go jeszcze dosadniej, maluje je prawie hurtowo. Kryje się za tym smutna i poruszająca historia, której nie chcę Wam zdradzić, sami musicie odkryć jego tajemnicę. Dość powiedzieć, że po tragedii zmieniającej jego życie mężczyzna nie mówi. To kolejny bardzo ważny motyw. Nie wiem, czy wcześniej w literaturze napotkałam na bohatera cierpiącego na mutyzm. A to tak ważne, by pokazywać różne oblicza inności, oswajać ją, pokazywać, że mimo pewnych niedoskonałości każdy zasługuje na uwagę, szasnę i przede wszystkim szacunek.

Czym autorka kupiła mnie najbardziej? Na początku górami. Samotną wędrówką i spotkanymi ludźmi. Sama wybrałam się samotnie na górski szlak, wiem, jak to czyści głowę, doceniam piękno i majestat gór, czuję przed nimi respekt. Ja co prawda wybieram trochę inne rejony Beskidów, ale góry są wszędzie takie same i takie same uczucia budzą. I uczy się człowiek na szlaku, by nie oceniać, być pokornym i więcej czuć, niż widzieć. Tego właśnie nauczyła się Ula. I właśnie dlatego historia Borysa tak mocno do niej trafiła. Bo nie oceniła, dostrzegła człowieka, zechciała go poznać.

Sto aniołów to historia początkowo trudna, z momentami łamiącymi serca. Ale w całej swej okazałości jednak otulająca, cudownie ciepła i zachwycająca. Będę do niej wracać z kilku powodów. Po pierwsze, by poczuć magię gór, gdy nie będę mogła pójść na szlak. Po drugie, by znów zobaczyć, że wystarczy szczypta zainteresowania, by drugi człowiek przestał być dziki. A po trzecie, by znów poczuć spokojny rytm tej powieści.


Współpraca barterowa 

Wydawnictwo Dobre Strony 2026

360 str

Cuda z piernika - Joanna Szarańska

 




Wracamy do Bajki. Bajki znów ustrojonej na święta, cieszącej gości, mającej drzwi otwarte dla wszystkich (no dobrze, prawie wszystkich) i tej, w której dzieją się cuda.

Cuda z piernika to kontynuacja i koniecznie musicie poznać pierwszą część, żeby ta sprawiła Wam tyle radości, ile powinna. Pierwsza część nosi tytuł Cuda na śniegu i wprowadza nas w życie bohaterów, więc dla Was ta recenzja będzie spoilerem. Zacznijcie od pierwszego, a potem wróćcie, choć wiem, że przepadniecie i pod razu sięgniecie po Cuda z piernika.

Za co najbardziej kocham książki Joanny Szarańskiej? Za emocje. Idealnie dostrzega to, co w ludziach siedzi i z ogromną delikatnością i wrażliwością przelewa to na papier. Uważność i troskę o ludzi widać w każdej jej postaci. Nie inaczej jest też tutaj. Znów odkrywa przed czytelnikami zalety i wady swoich bohaterów, czasem je wyolbrzymiając, czasem tylko nakreślając.

Drugą ukochaną przeze mnie rzeczą jest to, że nie porzuca swoich bohaterów i możemy w kolejnych książkach wrócić pamięcią do tych, których już znamy i lubimy. Na kartach tej świątecznej historii wspomina panią Michalską z ulicy Weissa oraz profesora Pawłowskiego urzędującego ze swoim magicznym sklepikiem w Świerczynkach. Ależ mi się zrobiło miło. I nikogo pewnie nie zdziwi, jak powiem, że muszę koniecznie wrócić do tamtych historii.

Ale co znajdziemy w tej książce, oprócz magii codzienności, choć oprószonej śniegiem i przewiązanej piękną kokardą? Otóż znajdziemy tu opowieść o tym, że czasem trzeba dać odejść starej tradycji, by mogło przyjść coś nowego, równie pięknego, trzeba się tylko na to otworzyć. I mam na myśli zarówno konkurs wypieków, który ma załatać dziurę po Nochalku w cukierni Klary, jak i świąteczną pomoc niesioną mieszkańcom miasteczka, zorganizowaną przez klasę Ani. W obu przypadkach dla mnie najważniejsze jest to, że nie tylko w święta, ale na co dzień wszystko jest łatwiejsze, jak działamy razem, jak otwieramy się na drugiego człowieka, darujemy mu swój czas i uwagę.

To też historia Aleksandra, który powoli dostrzega fakt, że brak osoby, nawet najukochańszej, nie kończy wspólnego dzieła, a tęsknota nie może przekreślić lat pracy i marzeń.

Oczywiście nie braknie też zabawnych perypetii znanych i lubianych, bądź trochę mniej, bohaterów. Relacje się zmieniają, rozwijają, natrafiają na trudności i wyzwania, w których Pan Kot jest jednym z większych. Właśnie, jak już przy tej parze (trójkącie?) jesteśmy. Uwaga, miniaturowy spoiler. Szarańska napisała scenę erotyczną. W komedii świątecznej. Zdecydowanie nie byłam na to gotowa.

Polecam Wam na świąteczną, i nie tylko, lekturę. Sięnijcie po nią zawsze, gdy zechcecie, by świat zwolnił i uśmiechnął się do Was z dobrocią. Bo właśnie tego w książkach Joanny Szarańskiej nie brakuje.


Współpraca barterowa

Wydawnictwo Muza 2026 

352 str


Poczekam z Tobą - Jakub Bączykowski

 


Maciek to młody mężczyzna, zmęczony pracą w szpitalu pielęgniarz. Nużą go nocne dyżury, mijanie się z ukochaną, a tacy pacjenci, jak Laura, nie pomagają. Laura ma ponad osiemdziesiąt lat i zachowuje się trochę, jak udzielna księżna. No ale jak się ma na nazwisko Potocka…

To moje pierwsze spotkanie z autorem. Nigdy wcześniej nie sięgnęłam po jego książkę, nawet mi nigdzie nie mignęła. Na tą namówił mnie znów Instagram i jestem za to ogromnie wdzięczna.

O czym jest „Poczekam z Tobą”? O uważności i dostrzeganiu drugiego człowieka. I o drobnych gestach, które czasem zmieniają nie tylko dzień, ale całe życie. Zarówno tego, kto je wykonuje i tego, do kogo są adresowane. I te dwie rzeczy są ze sobą ściśle powiązane. Nie da się wykonać drobnego gestu rozświetlającego życie nie będąc uważnym, nie da się też zauważyć tych kierowanych do nas. A bez tych małych cudów tracimy uważność, żyjemy z dnia na dzień, jak nakręceni.

Maćka Laura wybija ze strefy komfortu, zmusza do przemyśleń. Robi to w sposób niemiły, żeby nie powiedzieć dosadniej, a jednak w mężczyźnie, choć zostaje żal, nie ma chęci zemsty. Gdy spotyka ją poza szpitalem, po początkowej chęci odwetu bierze nad nim górę dobre serce. I z tego spotkania rodzi się przyjaźń międzypokoleniowa, wyjątkowa, pełna uważności, sprawiania sobie drobnych przyjemności i snucia opowieści. To preludium do zmiany życia każdego w tej książce.

„Poczekam z Tobą” Jakuba Bączykowskiego to przepiękna powieść obyczajowa mówiąca również o stracie i o tym, jakie miejsce mają w społeczeństwie ludzie starsi. Cudowny, ciepły głos tych, którzy kiedyś byli kimś i nadal mają jakieś życie, choć często już coraz bardziej samotne. Teoria trójkąta chwyciła mnie za serce. Dużo miejsca zajmuje również opowieść Laury o tym, co było w przeszłości. Iluż takich historii czeka na wysłuchanie, iluż starszych ludzi chce się tym z kimś podzielić. Choćby po raz piąty.

Kocham Laurę całym sercem. I Maćka też. Z ogromną radością zagłębiałam się w ich pomysły na pokazanie tej drugiej stronie czegoś nowego w życiu. Tak, Laura też ma coś do zaoferowania. W trakcie dołącza do nich Aneta, ukochana Maćka i wtedy dopiero zaczyna się prawdziwa przygoda. Oczywiście że Wam nie zdradzę, gdzie byli i co robili, nie będę robiła roboty za Was, do czego to podobne. Musicie sami przeczytać.

W tej książce ważne jest nawet posłowie. Słuchałam go ze łzami w oczach. Widać tam dokładnie, że to nie jest książka, jakich wiele, że ta wyrosła z uważności właśnie i z ogromnego serducha, które patrzy i widzi człowieka. Czuję ogromną wdzięczność za tę powieść. I muszę koniecznie poznać inne książki autora. Bo jak tu nie znać tak życiowych opowieści. Do czego to podobne.


Czwarta Strona 2026

Storytel 6 godz 39 min

Tysiąc bieszczadzkich gwiazd - Katarzyna Fiołek



 Łucja uciekła z Bieszczadów. Od babki, wspomnień, życia, które nie do końca było takie, jak chciała. A Janek został. Zakochany w swoim życiu, górach. W niej. Czy po latach, gdy ona przyjeżdża rozliczyć się w przeszłością i od niej odgrodzić wszystko wróci? Czy można ot tak cofnąć czas?

Ta książka boli. Boli wspomnieniami dziecka niekochanego, niechcianego, przeszkadzającego. Dziecka, które nie miało wpływu na swój los. A jednocześnie ta książka otula wspomnieniem domu wybranego, który przygarnął i przytulił do serca. Tyko te dwa domy stoją koło siebie. I z tym Łucja ma największy problem. Bo ona chce uciec, wymazać, oddzielić grubą krechą.

„Tysiąc bieszczadzkich gwiazd” to opowieść o wielkim bólu i chęci ucieczki przed przeszłością. Ale od niej nie da się uciec, przeszłość zawsze nas dopadnie. Trzeba ją przerobić, omówić, a do tego trzeba odwagi i trochę zrozumienia.

I właśnie tego mi w bohaterach zabrakło. Nie, nie oznacza to, że ta książka jest źle napisana, bohaterowie są naprawdę dobrze wykreowani, ale są po prostu wstrętni. I choć darzę ich sympatią, Łucji ogromnie współczuję, to były momenty, że chciałam nimi dość mocno potrząsnąć.

Łucja jest samolubna, nie myśli o nikim, tylko o sobie i swoim bólu, swoich złych wspomnieniach. Mając fakty podane na tacy, znając się na rzeczy, dalej brnie w coś, co może zniszczyć kogoś, kto dał jej ukojenie. I choć rozumiem jej żal, nie rozumiem przeliczania przeszłości na pieniądze, które jej dadzą dużo, ale kogoś mogą zrujnować.

Nie znoszę też Janka i jego wygodnej niepamięci. Takie to proste, tak wszystko ułatwia. Jest dorosły, a zachowuje się, jak dziecko, które koniecznie chce cukierka. Wyszedł z niego okropny smarkacz, też patrzący tylko na czubek własnego nosa i na własne widzimisię. Raniący i mający potem pretensje o decyzje Łucji, tak samo samolubne i nieprzemyślane.

Warto zwrócić uwagę również na przepiękne wydanie powieści. Na każdej stronie u dołu są góry, u góry zaś śnieżynki. Taki niby detal, a robi niesamowity klimat przy czytaniu. Koniecznie zajrzyjcie na Instagrama, żeby to zobaczyć.

Czy bohaterowie się ogarną i naprostują ścieżki? Czy Bieszczady będą ich spokojem, czy też przyniosą nagłą burzę? Czy z młodzieńczej relacji cokolwiek zostało i czy da się na tym coś budować, czy to już tylko wspomnienia? O tym musicie się przekonać sami. I zapewniam, nie będziecie żałować. Dostaniecie wielowymiarową książkę z bohaterami wywołującymi skrajne emocje, z którymi można się spierać o ich wyboru. Kilka ciepłych scen, ogrzewających serce i ducha gór, który nad tym wszystkim się unosi i sprawia, że wszystko wydaje się małe z perspektywy szczytu i gwiazd.


Współpraca barterowa

Wydawnictwo Muza 2026

350 str


Dobranoc - Joanna Kordula

 


„Trzej przyjaciele z boiska (…) Żyć bez siebie nie mogą” śpiewał kiedyś Bogucki i właśnie ta piosenka przyszła mi na myśl, jako idealne podsumowanie książki „Dobranoc” Joanny Korduli. Tylko tu akurat jest ich troje: Kami, Michał i Basia. Nie łączy ich boisko, ale wielka przyjaźń, a chłopaków jeszcze miłość do Basi, jednej z ich trójki.

„Często się rozjeżdżali lecz zawsze znów się schodzili” śpiewa dalej artysta. Tu rozjazd mamy jeden, za to konkretny. Prawie na zawsze, bo odkrycie, że Basia odwzajemnia uczucia Kamila zmienia wszystko pomiędzy nimi. Bardzo zmienia, tak, że nie potraficie sobie tego nawet wyobrazić. I zejście też jest jedno, podyktowane impulsem, znów brzemienne w skutkach.

To są dwa mocne punkty tej książki. Emocjonalna masakra. A pomiędzy nimi jest to, co trzeba posklejać, złożyć na nowo, na nowo zdefiniować z codzienności niby takiej samej, a kompletnie różnej. I choć te momenty też nie dają spokoju, szarpią bohaterami, rozwalają ich postanowienia i marzenia to po dwóch punktach zwrotnych są dużo spokojniejsze.

Skąd te cytaty? Z nostalgii, powrotów do gum kulek, przebojów z kasety przewijanej ołówkiem, oranżandy w proszku, jedzonego z tubki vibovitu i wielu, wielu innych. Ta książka przenosi w tamte czasy, przypomina, że nie są tylko wytworem wyobraźni i pokazuje, jak wtedy można było beztrosko żyć. Ale także dlatego, że autorka każdy rozdział poprzedza cytatem, fragmentem wiersza. I kupiła mnie tym kompletnie, bo jest i Szymborska i Baczyński, a tych kocham najbardziej.

Poznajemy trójkę naszych bohaterów, ale również postaci poboczne. Niektóre zarysowane bardziej, inne mniej, niektóre o ogromnym znaczeniu, choć tajemnicze, inne będące tylko tłem. Wszystkie jednak coś wnoszą do tej opowieści.

To nie jest łatwa książka. Owszem, przenosi do czasów mojego dzieciństwa, ale potem brutalnie wrzuca w dorosłość. Taką nieoczekiwaną, bolesną, nie do udźwignięcia. Autorka nie boi się tematu śmierci, kalectwa, żałoby po życiu, które może już nigdy nie wrócić. Mówi w sposób prosty i subtelny o osobach z różnymi niepełnosprawnościami, umieszcza je w świecie, oddaje im głos.

Warto wspomnieć, że to debiut autorki, bardzo udany. Potrafi złapać czytelnika i go nie puścić do ostatniej strony. Właśnie, ostatnia strona (nie zaglądajcie!). Ja nie wiem, jak tak można wywalić wszystko do góry nogami!? Siedziałam chwilę z otwartą buzią i nie wiedziałam co myśleć. Nadal nie wiem. Choć w sumie nie, wiem. Myślę tylko, kiedy będę mogła przeczytać ciąg dalszy obiecany przez Joannę Kordulę.


Współpraca barterowa

Wydawnictwo Mięta 2026 

398 str

Mechaniczne serca - Magdalena Kowalczyk

 


Tally idzie do nowej szkoły, ale z jeszcze większym bagażem lęków i ograniczeń, niż poprzednio. Reuben wie, że bez wygrania konkursu nie odzyska warsztatu ojca. Świetna rysowniczka, genialny konstruktor. Czy znajdą wspólny język i swoje miejsce?

Wiedziałam, że to debiut i przez to spodziewałam się pewnych niedociągnięć. I faktycznie były, bo nauczyciele mogli być mocniej zarysowani, ale tacy, jak byli również spełnili swoje funkcje. Natomiast te małe rzeczy zupełnie nikną pod płaszczem całej historii, która mnie porwała, uniosła nad ziemię i pozwoliła spojrzeć szerzej.

W świecie Ulii wszystko musi działać, jak dobrze naoliwiony i dopasowany mechanizm. Każdy ma swoje zadanie do wykonania, a jak się nie sprawdza to trafia do Strefy Wyrzutków. Nie ma miejsca na słabość, niepełnosprawność, nieproduktywność czy marzenia. No dobra, marzenia mogą być, jak tylko mieszczą się w sferze użyteczności dla społeczeństwa. Ale jak w takim świecie może odnaleźć się dziewczyna, która ma protezę, zamiast nogi a do tego rysuje? Cóż z tego, że pięknie… I chłopak, który odważył się marzyć o czymś innym, niż los mu przyniósł?

Pokochałam tę historię za to, że jest młodzieżówką, ale zupełnie inną niż ta, do której przywykliśmy. Nie mamy tu bohaterki, której życie ściele róże pod nogi i bad boya. Mamy dwójkę poranionych ludzi, trochę zagubionych, ale mających siłę, by iść dalej, próbować i walczyć. Mają swoje cele, pragnienia, lęki i obawy. Tally pokochałam od razu, ale to Reuben jest moim numerem jeden – opiekuńczy, trochę tajemniczy, mający własną ścieżkę, nie robiący dram. Wspaniały człowiek i przyjaciel. Takich bohaterów potrzebujemy, na takich powinniśmy się wzorować.

To nie są głupiutkie nastolatki żyjące od dramy do dramy. To wspaniali młodzi ludzie, potrafiący bronić swoich racji, potrafiący działać i żyć w szalenie brutalnym świecie, który jest tak wykreowany i opisany, że mogę go przywołać przed oczami. Zresztą, wszystko mogę przywołać przed oczy, każdą postać, opisaną ze szczegółami, z konkretnym zadaniem i charakterem. Każdy wynalazek Reubena czy rysunek Tally. Nie boję się powiedzieć, że to najlepszy debiut, jaki ostatnio czytałam.

Po lekturze tej książki nic już nie będzie takie samo. Autorka przepięknie pisze o emocjach. Delikatnie, z wyczuciem, ale tak, że trafia prosto w serce i na długo nie pozwala ich wyrzucić z pamięci. A pisze o rzeczach niełatwych. Jest tu próba s.amob.ójcza, odrzucenie, nieumiejętność znalezienie swojego miejsca w świecie. Porusza też temat straty, żałoby, utraconych nadziei i zdrady bliskich. Brzmi, jakby było tego za dużo? Uwierzcie, że nie, autorka naprawdę pięknie to wplata i opisuje bardzo naturalnie.

Ale żeby nie było za smutno, to książka o nadziei, marzeniach, przekraczaniu własnych granic i pięknej relacji, która potrafi wszystko. Polecam z całego serca, ja będę wracać i będę się niezmiennie zachwycać.


Współpraca barterowa

Nowa Baśń 2026 

400 str

Wszystko co straciliśmy - Natalia Kulpińska

 


Autumn ma wszystko, poza wolnością. Jaxon również nie jest wolny. Tylko ona żyje w złotej klatce, a on w więzieniu. Czy jej ucieczka z dotychczasowego życia coś zmieni? Czy on po wyjściu umie się odnaleźć?

Zaciekawiła mnie ta książka. Zderzenie dojrzałego faceta z przeszłością z młodą dziewczyną bez jakiegokolwiek doświadczenia życiowego uznałam za coś, co może być bardzo interesujące, jeśli zostanie dobrze przeprowadzone. I początek bardzo mi się podobał.

Na początku poznajemy oboje, och motywacje, lęki, to, z czym muszę się zmierzyć. I to naprawdę jest bardzo dobry fragment książki. Wszystko dzieje się z jakiegoś powodu, kolejne kroki bohaterów wynikają z poprzednich doświadczeń. Jest to spójne i przyjemnie się czyta. Fragmenty o stracie i konieczności budowania wszystkiego od nowa są dobrze poprowadzone. Można by się przyczepić do tego, jak Autumn jest przyjęta w miasteczku, że to niemożliwe, że za dużo zbiegów okoliczności, ale dla mnie to akurat urocze i tworzy atmosferę miejsca.

Podoba mi się również motyw drugiej szansy, szczególnie tej danej sobie. Oboje muszę stanąć twarzą w twarz z demonami przeszłości, każde z innymi i zrobić krok do przodu, bez oglądania się za siebie. Bardzo wiarygodnie to wszystko wypadło. Nawet sceny z tym, jak przeszłość ich dopada wyszły nieźle powodując nawet spory niepokój.

Jak się jednak domyślacie, jest to również romans i tu spodziewałam się czegoś więcej. Po pierwsze miałam nadzieję na rozwinięcie związane z wiekiem bohaterów, a zostało to wspomniane może dwa razy. Po drugie relacja jak dla mnie leciała za szybko, ot tak, bez większego powodu, bez rozwinięcia i uzasadnienia. Niby było przyciąganie, ale jakieś takie nijakie, jak dla mnie.

Podsumowując, spodziewałam się czegoś więcej, dostałam mniej. Ale nie jest to zła książka. Pod względem przedstawionych emocji nawet więcej niż dobra, poza tym bardzo przyjemna w odbiorze. Miło spędziłam z nią czas, nie wywołała może zbyt dużo przemyśleń, ale obudziła trochę emocji. Polecam na spokojny wieczór. Dostaniecie trochę obyczajówki, trochę romansu i szczyptę sensacji. Nudzić się nie będziecie.


Współpraca barterowa

WasPos 2026 

246 str

Cynamonowy smak jesiennych dni - Gabriela Gargaś

 


Kiedy za oknem coraz szybciej robi się ciemno, jesień rozgaszcza się na dobre, a dni stają się ponure, potrzebujemy otulenia, złotych promieni i ciepła. Taka właśnie jest ta książka.

Kocham cynamonki. Nic więc dziwnego, że z ogromną chęcią zabrałam się za czytanie książki, w której ten słodki wypiek połączył dwie kobiety. Wiedziałam, że to będzie fantastyczna i niebanalna przygoda. Wszak kobiety dzieli sześćdziesiąt lat, to musi oznaczać inne doświadczenia, spojrzenie na świat i ludzi.

Nie zawiodłam się, a nawet dostałam więcej. Bo to nie tylko opowieść o pięknej przyjaźni. To część historii, tej wielkiej, która wydarzyła się naprawdę. I ten fragment autentycznie mnie zadziwił i zmusił do poszukiwania większej ilości informacji. Dziękuję za to autorce, to była cenna podróż historyczna. To również opowieść o tym, jak żyje się na emigracji, wspomnienia z tego czasu, nadal barwne, choć tak dalekie w czasie.

Bardzo podobały mi się wycieczki w przeszłość w wykonaniu Judyty. Były pełne emocji, wcale nie wyblakłe, ciągle żywe we wspomnieniach. Przynoszące tamte chwile do małego mieszkania czy kawiarni. Tak naturalnie wplecione w teraźniejszość. Czasem ją tłumaczące, czasem pokazujące, że miłość, mimo czasu i kilometrów zawsze jest taka sama. Urzekła mnie ta mądrość, spokojna, wyważona, absolutnie nie nachalna, ale wynikająca z troski.

Polubiłam też to, co dzieje się w teraźniejszości, bo tu też autorka zadbała o to, by się działo. Zdecydowanie nie ma nudy. Ale nie spodziewajcie się wielkich fajerwerków i zwrotów akcji. To spokojna opowieść o życiu zwyczajnych ludzi, takich, których można spotkać na ulicy. No, może Judyta w tym wszystkim jest bardziej niezwykła.

„Cynamonowy smak jesiennych dni” pachnie kawą, cynamonem i dynią. Tak między mną, a jednym z bohaterów: też nie lubię, podziwiam za hart ducha. Otula ciepłem koca, zachwyca złotymi liśćmi i popołudniowym słońcem. Pozwala się zatrzymać, zachwycić tym, co piękne, wzruszyć nad przeszłością i odetchnąć pełna piersią.

To książka idealna na jesień i na każdą inną porę roku. Dla każdego, bo i męskich bohaterów tu nie brakuje. Jak to w pięknej opowieści o miłości. I nie tylko.


Współpraca z Wydawnictwo Filia 2026 

432 str

oraz duzeka.pl - recenzja również na IG portalu

Już Ci niosę suknię z welonem - Joanna Szarańska



Kiedy do Michaliny dociera przesyłka otwiera przed nią nowe drzwi. I uchyla stare, do wspomnień. Otwiera salon sukien ślubnych vintage, który przyniesie zmianę nie tylko w jej życiu.

Tak, wiem, że już jest zapowiedź zimowej książki Joanny Szarańskiej, ale ta nie ma daty ważności. Można ją czytać o każdej porze roku i w każdym fragmencie życia. Bowiem książka ta łączy pokolenia, historie i kobiety. Z ich różnicami, lękami, bagażem doświadczeń i wizjami przyszłości. Każdej oddaje pola, daje przestrzeń do podzielenia się historią, czas na namysł, nie tylko nad krojem czy kolorem sukni, ale też nad własnym życiem.

Wpadłam w tą książkę z własnymi oczekiwaniami. Oczywiście, że nie przeczytałam opisu, mnie wystarczy nazwisko i wiem, że będzie zachwyt. Ale moje myśli podążyły do serii Asi „Kalina w malinach” i spodziewałam się czegoś w podobnym stylu. Potem, jak w miarę czytania dotarł do mnie mój błąd wymyśliłam sobie Michalinę. I znów się pomyliłam. Czy jestem tym rozczarowana? Absolutnie nie, bo choć czego innego chciałam to dostałam to, czego potrzebowałam.

A potrzebowałam pięknej opowieści o prawdziwym życiu, gdzie można się potknąć, zagubić, nie sprostać czyimś, a co gorsza swoim wymaganiom. I pójść dalej, bo ktoś wyciągnie dłoń, poda herbatę i powie, że marzenia nie są głupie, a własne ścieżki, choć trudne, są własne. I nikt nimi za nas nie pójdzie. A my kiedyś będziemy żałować, że poszliśmy nie swoją drogą, w inną stronę. Potrzebowałam powieści, która powie mi, że nigdy nie jest za późno na marzenia, cokolwiek ludzie i pesel mówią.

Ta książka to opowiadania zamknięte w powieści. Kilka kobiet, ich losy, małe historie połączone w małym salonie sukien ślubnych Michaliny. Złączone jej ciepłem, cierpliwością, chłodnym osądem sytuacji i brakiem osądzania osób, które do niej los przyprowadził. I jest też historia samej Michaliny, trudna, wyboista, pokazująca, że największa siła drzemie w nas, a największym darem jest czas i wybaczenie.

Nie mogło również zabraknąć w książce Asi Szarańskiej motywu porzuconego, samotnego zwierzaka. Jestem pewna, że Beza skradnie Wasze serca. To ważny temat w twórczości autorki. I choć bardzo bym chciała, żeby problem bezdomnych zwierząt nie istniał i żeby nie trzeba było o nim mówić to cieszę się, że w obecnej sytuacji mówi głosem tych, którzy sami mówić nie mogą.

Czwarta Strona 2026

Storytel 8 godz 24 min

Błogosławieństwo Niebios - Mo Xiang Tong Xiu

 


Biel bez Twarzy nie odpuszcza. Przygotujcie się na kolejny tom pełen wyzwań i emocji.

To szósty tom, zbliżamy się do finału. Dlatego bardzo wiele wątków się zaczyna splatać, poznajemy też odpowiedzi na wiele wcześniej zadanych pytań. O niektórych nawet zdążyłam zapomnieć. Więc jeśli tylko możecie, zróbcie szybki re-read, żeby nie pogubić się w tym wszystkim. Ale i bez tego dacie radę.

Czego możecie się spodziewać? Oczywiście Xie Liana i Hua Chenga w pełnej krasie. Uwielbiam patrzeć, jak ich relacja się rozwija, dojrzewa, staje się stabilna i po prostu piękna. Czasem nadal mnie denerwują, jak w poprzednich tomach, ale już mniej. Widzę łączący ich ogrom troski i oddania. Dla tej relacji naprawdę warto przeczytać tę książkę, właśnie takich przykładów dziś potrzebujemy.

Jak wiecie, bo od tego wszystko się zaczęło i wiadomo to już w pierwszym tomie Xie Lian jest dobry i przez to co rusz wpada w kłopoty, również z Niebianami. W tym tomie nadal czynienie dobra, opłacalność tego i to, jak powinien zachowywać się Niebianin wysuwa się na pierwszy plan. Cieszy mnie to ogromnie, że nie zostało to gdzieś zapomniane, bo dla mnie to oś całej tej historii. Przy czym tutaj jest to coraz bardziej wyraźne i wiąże się z tym wiele nowych doświadczeń. Koniecznie musicie to przeczytać.

Ten tom jest również dużo bardziej naszpikowany emocjami. Wcześniej potrafiłam czytać ciągiem, tym razem musiałam robić przerwy, by pewne rzeczy przemyśleć, wrócić do innych lub po prostu je przeżyć w sobie. Trochę się boję, jak mocny będzie tom finałowy, skoro ten tak działa na serce.

Przy każdym tomie wydaje mi się, że jest najpiękniejszy, a potem zostaje wydany następny i znów wpadam, w jeszcze większy zachwyt. Ale ten jest naprawdę moim faworytem. I choć jest to najpiękniej wydana seria, jaką posiadam, to ten tom jest pierwsze w każdej topce.

Nie mogę się doczekać kolejnego tomu, a jednocześnie bardzo nie chcę, by to było już, by się skończyło. Błogosławieństwo Niebios należy do tych książek, które chce się przeczytać jeszcze raz. I na pewno nie raz do nich wrócę.



Współpraca barterowa

Czarna Owca SeeYa Books 2026 

360 str

Rodzice i nastolatki. Kiedy w relacji robi się trudno - Aga Rogala

 


Dorastanie jest trudne. Dla dziecka i dla rodzica. Wszystko przewraca się do góry nogami, wypracowane schematy znikają, budowana więź się chwieje. Chaos, przerażenie, bunt, z obu stron, nie tylko ten nastoletni. Trzeba coś z tym zrobić. A Aga Rogala mówi co.

Nie, to nie jest prosty przepis na to, co zrobić, by nasz nastolatek na nowo grzecznie mył zęby o dziewiętnastej, był w łóżku o dwudziestej, grzecznie siadała do nauki, a w wolnym czasie sam przychodził z planszówką. Do tego chętnie pomagał w domu i rozmawiał z nami godzinami. Bez trzaskania drzwiami i przewracania oczami. To nie tak. No, może po przeczytaniu książki wrócą rozmowy i nie będzie trzaskania drzwiami. Tak często.

Czytając tę książkę miałam wrażenie, że w końcu siedzę w fotelu z przyjazną osobą przy boku, mogę opuścić gardę i przyznać, że macierzyństwo mnie przerosło. W tej chwili, w tym momencie. I nie będzie ocen, a wsparcie i tak ważne „Nie tylko Ty tak masz, ale z tego da się wyjść.” Ta książka jest pełna zrozumienia, ciepła, empatii i wsparcia. Wyjaśnia, krok po kroku, co się dzieje i dlaczego to się dzieje w życiu nastolatka. Tłumaczy niby proste rzeczy, ale takie, które umykają. Pokazuje bunt jako przejaw miłości, tak, nie mylicie się. Dziecko się buntuje przeciw tym, których kocha i wobec tych, wobec których czuje się bezpiecznie.

To, co mówi Aga Rogala w większości do mnie trafia. Może z jedną czy dwoma jej tezami się nie zgadzam w pełni. Dlatego ta książka trafia prosto do mojego serca. Lubię ten styl, sposób przekazywania informacji i otwartość. Tu nie ma ściemy, tu jest prosta prawda, którą czasem trudno zaakceptować, ale warto posłuchać. Bo dzięki temu dzieje się magia. W czytelniku, w relacjach.

To nie genialny sposób na życie. Nie ma takich. W każdej zmienia najważniejsze jest działanie. Wybór. I na tym skupia się Rogala. Na wyborze, by czasem nie działać, by odpuścić. Co paradoksalnie jest najlepszym działaniem z możliwych. By wziąć głęboki oddech i zastanowić się, czy znów trzeba się czepiać. Czy warto się czepiać. Jednocześnie podkreśla w tym wszystkim rodzica. Jego wartości, potrzeby, granice. I z tego wszystkiego składa przepiękną książkę o wspólnym dorastaniu. Bo to nie tylko dziecko dorasta, rodzic dorasta wraz z nim. Do nowej roli, nowych obowiązków. Do życia z młodym człowiekiem na progu świata, w który musi pójść bez rączki rodzica. Boli? Nie. Napawa dumą.

Polecam rodzicom, którzy czują się przerażeni, przytłoczeni, zagubieni w nowej roli, na którą nikt nas nie przygotował. Na stanie już nawet nie z boku, ale z tyłu, patrząc, jak nasze dzieci rozwijają skrzydła. Ta książka jest właśnie dla nas. Będę do niej wracać, żeby złapać oddech, odpocząć i mieć znów siłę.


Współpraca barterowa

Wydawnictwo Otwarte 2026 

467 str

Opiekunowie Zakazana Góra - Brandon Mull

 


Mako marzy, by zostać wojownikiem, by jego opiekun, z którym połączy się już niedługo zapewnił mu sławę. Arden pragnie uratować przyjaciółkę z łap gangu. Oboje nie wiedzą, że sprzymierzeńcy nie zawsze są tymi, za kim się podają. I że ich zdolności mogą pomóc, ale mogą napytać biedy.

Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Nie czytałam wcześniej nic Brandona Mulla. Choć Baśniobór i Smocza Straż stoją na półce mojego dziecka. Ba! Sama to dzieciom polecałam, bo podobno dobre, ale żeby czytać? Nie miałam czasu. Ale Opiekunowie mnie jakoś kupili, zaczęłam i… Moja wina. A z konsekwencjami będę się teraz borykać, bo nie znam książek autora i to jest złe.

Jakie to jest dobre! Jakie smakowite! Wyobraźnia autora powaliła mnie na kolana, sposób prowadzenia narracji i świat przedstawiony skłonił jeszcze niżej, a poziom intryg i spisków wywołał czołobitność. Jestem tak zachwycona, jak dawno nie byłam czytając literaturę młodzieżową. Właśnie takie książki powinni czytać! Wspaniałe, napisane z rozmachem, z bohaterami dobrymi, złymi, tymi pośrodku i jeszcze wieloma innymi. To właśnie jest w tej książce. Trudne wybory ważące na całym życiu, głupie błędy spowodowane niewiedzą i brakiem doświadczenia. I dorośli, którzy też niekoniecznie powinni trafić na piedestał. Mamy tu też marzenia, takie zwykłe marzenia dojrzewających ludzi. O chwale, byciu sławnym i rozpoznawanym. I niby ich warunki różnią się od naszych, ale marzenia z grubsza te same, prawda?

Polubiłam bohaterów od pierwszego zdania. Za ich nie-bylejakość, za błędy, upór, marzenia, wybieranie nie zawsze prostych dróg. Za bunt i niezgodę na to, co los przynosi. Lubię też ich ciekawość świata, ciągłe szukanie i znajdowanie, czasem tylko kłopotów, czasem nowych przyjaźni, bez względu na pozycję społeczną.

A nad tym wszystkim wisi większa polityka, ogromne pieniądze, wielkie sojusze i jeszcze większe zdrady tych, którzy pociągają za sznurki w tym świecie. I trochę poza nim. Bo nie można zapomnieć o sferze duchowej, o wielkich umiejętnościach wkraczających poza to, co znane i oswojone.

Opiekunowie są tak dobrzy, że brakuje mi słów. To jest fantasy, które kocham, w całej swojej okazałości. Z dobrze rozbudowanym i opisanym światem, w którym wszystko ma swoje miejsce. Z poziomem intryg, który wymaga ciągłej uwagi czytelnika i oglądania się za siebie bohaterów. Oraz z fabułą, która kluczy, zawraca, zmienia bieg i ciągle coś nowego odkrywa. Czasem bywa spokojnie, czasem brutalnie, choć nie nazbyt, pamiętajmy, że to literatura dla młodzieży. Sceny walki, te najbrutalniejsze, są sprytnie ukryte. I to też jest moc tej książki.

Cóż rzecz na koniec? Czytajcie!


Współpraca barterowa z Wydawnictwo Wilga

Alter ego - Milena Wójtowicz

 


Do Brzegu, spokojnej mieściny przyjaznej nienormatywnym przyjeżdżają rodzice Sabiny Piechoty, by dać koncert. Brzmi, jak przepis na rodzinne chwile? No nie, Bo Sabinie tatuś nie brzmi. A nie ma nic gorszego niż nie brzmienie w uszach strzygi. Kłopoty? To mało powiedziane.

Sabina nie boi się niczego. Wszak jest Behapówką w firmie Piotrka i zajmują się głównie nienormatywnymi członkami społeczności. Zresztą, co może zagrozić strzydze? No umówmy się, nie ma tego wiele. Jednak włos na całym ciele jeży się jej na myśl o śpiewie lub choćby zdaniu do swojego taty. Który postanowił zaśpiewać specjalnie dla niej. Impas. Ale wszystko da się załatwić. Szkoda, że obok ma się jeszcze mocno nabuzowane wilkołaki i wampiry z chęcią na przygodę. Nie ma takiej ilości pierniczków, by to ogarnąć.

Przy książkach autorki bawię się, jak świnka w kałuży. Może jestem tylko troszkę bardziej czysta, ale na pewno tak samo szczęśliwa. Sarkazm trafia do każdej mojej cząstki człowieka i robi dobrze mózgowi. Szalone pomysły na uprzykrzenie, znaczy rozrywkę dla bohaterów przyjmuję z dzikim okrzykiem radości. No to w tym tomie bardzo się cieszyłam, bardzo mój mózg się cieszył, ale nie krzyczałam, bo nie da się z opadniętą szczęką. To, co dzieje się w tej części to jest coś, czego kompletnie się nie spodziewałam. A wydawało mi się, że już wiem, co mnie może u autorki spotkać.

Milena Wójtowicz tak sprytnie wszystko uknuła, tak pięknie zamydliła oczy staruszkami, wilkołakami, wampirami, że dałam się nabrać. Ba, ja radośnie pokopytkowałam tropem przez nią usianym, w ogóle nie podejrzewając spisku. Normalnie jak po okruszkach do pieca czarownicy. Uwielbiam to, co zrobiła z moim poczuciem zagrożenia i szukaniem tropów w książkach. Tak mnie zamotała, że uwierzyłam we wszystko, a potem nie mogłam wyjść z podziwu, bo przecież to było takie oczywiste. No przecież nikt nie powinien ufać kontrolom z urzędów, co nie?

Jeśli szukacie spokojne serii z kawałkami paranormalnymi, to nie ten adres. Tu rządzi chaos, nienornatywni, nienormalni i proszę nie mylić jednego z drugim, duchy, wampiry i sporo zjawisk paranormalnych. I pierniczki. Jeśli szukacie do tego dobrej zabawy i ciętego humoru osadzonego w słowiańskiej kulturze to świetnie trafiliście. Od razu zacznijcie czytać.


Wydawnictwo SQN

Storytel 2026 7 godz 59 min

Cienie w Lustrzanej - Monika Cieluch

 


Liwia przybywa do Willi Lustrzanej, by ją odnowić i przywrócić do świetności. Pracuje dla jej nowego właściciela, Mathiasa Berga, Niemca. I od samego początku sprawia to jej problemy, bo jak to tak, Polka dla Niemca? W miejscowości, gdzie żyli Żydzi Polacy, którzy wielu krzywd od Niemców doznali?

Do książki przekonała mnie okładka, którą zobaczyłam u kogoś na Instagramie. Stary dworek i kobieta z jakąś książką w dłoniach to była obietnica na świetną lekturę. I nie pomyliłam się. Książka porwała mnie od pierwszych zdań, zachwyciła samym pomysłem, a potem już trzymała w szponach i nie chciała wypuścić. Czemu w szponach? Bo chwilami robi się strasznie, dramatycznie wręcz.

Historia nie dzieje się tylko tu i teraz. Autorka poprowadziła ją dwutorowo, oddając pole przeszłości. Poczynania pani konserwator fascynowały mnie, musiałam nawet sprawdzić, czy metody odzyskiwania starych, zatartych dokumentów są prawdziwe, czy są tylko fikcją literacką. I tak, są prawdziwe, co jeszcze szerzej otworzyło moje oczy ze zdziwienia i zachwytu. Kocham stare tajemnice, ich odkrywanie, a tych tu jest naprawdę dużo. Bardzo intrygowała mnie też postać Matyldy, trochę szarej eminencji, trochę obłąkanej kobiety, nigdy nie wiedziałam na pewno. Jedna z moich ukochanych postaci, choć mocno drugoplanowych.

Jednak to przeszłość mnie porwała i zachwyciła. Pomysł na to, by przemówiła za pomocą pamiętnika był wspaniały. Czułam każdą emocję, widziałam każdą scenę. Jestem kompletnie oczarowana tym, jak autorka oddała klimat strachu ludności, pewności siebie byłej pani domu i przyjaźni. Tej zakazanej, obarczonej wyrokiem śmierci. No i śmierć. Taka głupia, taka niepotrzebna. A tak bardzo obrazująca to, co działo się w głowach esesmanów. Przerażając, jak bardzo wierzyli w ideę, jak bardzo nie cofnęli się przed niczym.

Cienie w Lustrzanej to przepiękna opowieść o tym, co mogło być, co na pewno gdzieś się zdarzyło. To opowieść o ludziach, którzy przeminęli, bo ktoś tak postanowił. Ale również o tych, którzy przeżyli. By kiedyś z kimś innym wypić herbatę. Jak Lea Rosenfeld. Wzruszająca postać, która spięła przeszłość z teraźniejszością, pozwoliła tamtemu na nowo ożyć.

To trudna książka, niejedna łza popłynie. Ale jest też przepiękna w swej prostocie pokazywania prawdy. Prawdy, o której nie możemy zapomnieć, jak trudna by nie była.

 

Skarpa Warszawska 2026

Storytel 8 h 44 min

Maneki-Neko Japoński sekret szczęścia i pomyślności

 


To nie jest zwykły poradnik. To książka, która przybliża kulturę Japonii, i nie tylko, jej symbole, przesądy i rytuały, które mają przyciągnąć szczęście do człowieka.

Jeżeli szukacie szczęścia, na pewno zwróciliście uwagę na ten tytuł. Zresztą, nawet bez tego okładka zwraca uwagę. Radosny kot machający łapką chyba każdemu jest znany i właśnie ze szczęściem kojarzony. I ta energetyczna czerwień i złote chmurki. Wszystko razem sprawia, że od razu się uśmiechamy. Również środek jest utrzymany w tej stylistyce i każdy rozdział zaczyna się właśnie takim zastrzykiem energii.

Muszę Was niestety rozczarować, ale od samego posiadania książki nic się w Waszym życiu nie zmieni. Bo o tym właśnie jest ta książka. O masie rzeczy, które mają wspomóc nas w drodze do szczęścia, powodzenia, pomóc nam osiągnąć cele. Ale nie o tym, że to się zrobi samo. Japończycy nie do końca wierzą w to, że samą wiarą można góry przenosić, zwizualizować sobie szczęście i już, zrobione. Właśnie nie. Wiara to bardzo istotny składnik powodzenia, ale oprócz niej trzeba wykonać jakieś działanie w kierunku spełnienia.

Książka zdradza natomiast sposoby na to, by podnieść w sobie tę wiarę, pobudzić ją. Mówi również o tym, jak nie przegapić szans, jak być otwartym. Zwraca uwagę na to, że raz wzbudzona wiara może zniknąć i należy sobie o niej przypominać, na przykład nosząc karteczkę z afirmacją i patrząc na nią co jakiś czas, by znów mieć energię do działania.

Najbardziej mnie zaskoczyły pogrzeby za życia, urządzane w Tajlandii, które mają być nowym początkiem, odrodzeniem. Dla mnie to trochę na pograniczu mistycyzmu, bo przecież musi stać za tym decyzja, by coś w życiu zmienić, ale rozumiem, że taka uroczystość jest mocnym akcentem i wspiera dodatkowo cały proces. Zresztą, sami wiemy, jak to z naszą silną wolą bywa. Czasem nie wystarcza chcieć i nawet próbować coś w tym kierunku robić. Tajlandczycy mają taki dość specyficzny sposób.

Większość z rad zawartych w książce jest dość oczywista. Jednak na co dzień o tym nie myślimy, w ogóle nie kierujemy swej uwagi w tą stronę. Ważne jest więc, aby ktoś to usystematyzował i nam podał gotowe. Taka właśnie jest ta książka. Zbiera rzeczy, które niby gdzieś tam wiemy, ale w codzienności o nich zapominamy. I pozwala uwierzyć, że mamy moc sprawczą, a życie i powodzenie nam się nie tylko należy, ale zależy od nas. A amulety, przesądy i „magiczne” działania mają nam w tym pomóc.

Teraz trzeba się tylko wziąć do roboty.


Współpraca barterowa

Wydawnictwo Otwarte 2026

277 str

Dwa światła - Maria Paszyńska

 


W święto Chanuka rodzi się dziecko. Chłopiec, który w normalnym świecie mógłby się bawić, uczyć, śmiać i rozwijać. Ale tamten czas nie należał do normalnych, a świat oszalał wraz z czasem. Wybucha wojna i ludzie dzielą się na tych miłych Hitlerowi i tych skazanych na śmierć. Chanukowe dziecko jest po tej drugiej stronie.

Są takie historie, które zapadają w serce i już tam zostają. Są takie życiorysy, które warto poznać i pochylić się dzięki nim nad tymi, którym się nie udało. Niczego nie ujmując ocalałym. Dlaczego o tym piszę? Bo Andrzej Czajkowski, o którym napisała Maria Paszyńska, do końca życia mierzył się z syndromem ocalałego. Wyszedł z getta dzięki babce, która przebrała go za dziewczynkę. Matka została. Z kochankiem. O tym też pisze autorka. Ale po kolei.

Postać Andrzeja Czajkowskiego jest prawdziwa. Faktem jest, że był w getcie, ocalał dzięki babce. Faktem jest też to, że matka go porzuciła, wybierając śmierć. Ostre słowa, ale nie mogę na to spojrzeć inaczej. Nie mnie oceniać, nie znam historii te kobiety, jej motywów, miłości do syna i partnera, by ocenić, dlaczego to zrobiła, ale porzuciła dziecko. I cóż, że dla życia, jak to było życie bez niej, co potem kształtowało małego chłopca i nie dawało mu spokoju przez całe życie.

Faktem jest też, że chłopak miał niesamowity talent muzyczny i tu już wkracza wyobraźnia autorki, która zetknęła genialne dziecko z prawdziwym pedagogiem i muzykiem. Namiastka rodziny, troski, tego, jak powinno wyglądać prawdziwe życie. Scena z wanną, tuż po ucieczce z getta złamała mi serce, ale jeszcze bardziej łamały je dopytywania małego, czy profesor będzie już na zawsze.

Maria Paszyńska z niezwykłym wyczuciem opowiada o potwornościach wojny, o tym, co się zdarzyło, choć nie miało prawa. I o tym, że nawet w tym świecie pogrążonym w rozpaczy i nurzającym się w śmierci jest miejsce na radość z muzyki, na tworzenie piękna i zachwyt nim. Chwilami jest to nawet nie do uwierzenia, że gdzieś tam za ścianą łomocą buciory nazistów, a tutaj płynie delikatna melodia. Inny świat, inny czas, choć ta sama przestrzeń.

To wydanie jest wznowieniem powieści Marii Paszyńskiej. Wcześniejsze zostało wydane w 2019 roku i nie miałam odwagi go przeczytać. Dziś wiem, że zgodnie z podejrzeniami, rozwaliła mnie ta książka na atomy, ale wiem również, że nie mogłam jej nie przeczytać. Nie tylko dlatego, by oddać hołd Andrzejowi, który mimo wszystko nigdy wielkiej kariery nie zrobił. Ale także tym, którzy kariery zrobić nie mogli, bo ich życie zostało przerwane przez kaprys człowieka dzielącego ludzi na dobrych i złych. Nie przez ich uczynki, a pochodzenie. To również hołd oddany tym, którzy pomagali, ukrywali, załatwiali papiery, użyczali podłogi, pieca czy szafy. To cisi bohaterowie wojny, który uczynili ten czas lepszym. Światełka w mroku.


Współpraca barterowa

Wydawnictwo Książnica 2026

331 str

Rzeźbiarka jesiennych mgieł - Joanna Szarańska

 


Maria wraca do Granic, by dokończyć przygotowania do wystawy. Jednak nie bardzo ma się zatrzymać, bo u Krystynki mieszka odnaleziona po latach siostra. Kiedy Kacper Kosiński oferuje jej gościnę, nie zastanawia się długo.

Granice i Zwaliska, gdzie odbyć ma się wystawa skąpane są w porannych mgłach, złotym blasku słońca przeświecającego przez złote i czerwone liście. Tajemnicze, czasem nieprzystępne, wiejące chłodem poranka i przynoszące niespodziewane dreszcze na plecach. Zimna? Złego przeczucia? Pachną też ciastem, chryzantemami i dyniami, cieszą oko kolorowymi jesiennymi dekoracjami i dają ukojenie w prostych, zwyczajnych widokach i czynnościach.

Kto był już w Granicach lub czytał jakąkolwiek książkę autorki ten wie, że właśnie tak jest w jej opowieściach. Trochę cukru i trochę dziegciu. Spokój poranka i burza popołudnia, nie tylko w pogodzie. Kotłujące się emocje, które znajdują ujście, gdy ktoś ma w sobie na tyle uważności, by je zauważyć i zatrzymać się na chwilę, by móc je nazwać, złapać, kogoś wysłuchać i mu ulżyć.

Kocham książki autorki za tą uważność właśnie. Za pochylenie się nad cieniem drzewa, zmarszczeniem wody. Nad dostrzeganiem tego, co w ludziach siedzi głęboko, a czasem płytko pod maską pokazywaną innym. To nie jest powieść dla wszystkich. Nie znajdziecie tu szybkiej akcji, przeskakiwania z tematu na temat, galopujących wydarzeń. To książka pełna spokoju, powoli dążące do finału, bez niepotrzebnych rozdmuchiwań. Nie, nie jest wolna od emocji, ale nie są one sztucznie rozbuchane. Tu wszystko ma swój rytm małej miejscowości i serca pojedynczego człowieka. To jego uderzenia wyznaczają rytm. To jego wzruszenia powodują wzruszenia czytelnika.

Co znajdziemy w książce? Tajemnicę. Taką, która jednym życie prostuje, a innym łamie. Bo niby prawda jest jedna, ale odbiór jej zależy już od tego, do kogo trafi. Nigdy tak na to nie patrzyłam, dopiero po lekturze tej książki zaczęłam się nad tym zastanawiać. Jedno zdarzenie może być dowolnie zinterpretowane, a to, w co przez lata wierzyliśmy rzuci na nie jeszcze inne światło.

W tomie dużo dzieje się rzeczy trudnych, smutnych, czasem wywołujących niezgodę czytelnika. Ale jednak nadal Granice otulają spokojem, ciepłem i pewnością, że nawet po burzy tam wyjdzie słońce. Czekam na nie w zimowej odsłonie Granic.


Czwarta Strona 2024

Storytel 8 h 44 min

Czerwone piwo królowej

 


Rodzinne tajemnice, skradzione receptury i ponad stuletni browar to przepis na świetną książkę.  Jeśli do tego dołożymy również światowej sławy fotografa i lokalną introligatorkę i fotografkę, którzy nie pałają do siebie sympatią mamy pewność, że będzie ciekawie.

Ta książka pachnie rzemieślniczym piwem i wspomnieniami. Starymi książkami, kurzem dawno nieużywanych pomieszczeń i chemicznymi odczynnikami. Gdy zamykam oczy przenoszę się w ten świat i czuję każdy z tych zapachów, tak świetnie to zostało odmalowane przez autorkę słowem.

Historia zawarta w tej książce nie da się poznać od razu. Pojawia się powoli, nabierając barw, jak fotografia w ciemni pod wpływem odczynników. Wystarczy jeden zły ruch, by obraz się nie udał, wspomnienia pierzchły, a rozmówca, zdradzający sekrety już nie chciał, by ujrzały one światło dzienne.

Autorka opiera fabułę o zdradę, stracone zaufanie i próbę jego odbudowy po latach.  I pokazuje, że to nie tylko kwestia dawnych lat, zatargów i waśni, które wynikały z nacisku rodzin, dawnych układów i tego typu zależności. Że na co dzień możemy spotkać kogoś, kto dla własnej wygody, korzyści czy po prostu dlatego, że kogoś nie darzy sympatią będzie jątrzył, kombinował i jeszcze wciągał w to inne osoby.

Zachwyciła mnie dbałość o szczegóły. Autorka z równie wielkim zaangażowaniem pokazuje techniki introligatorskie, sztukę fotografii jak również sztukę ważenia piwa. Do wszystkiego podchodzi z pieczołowitością i ogromną precyzją. Tu nie ma miejsca na przypadkowość. Dzięki temu, którekolwiek miejsce w książce się odwiedzi, ma się wrażenie, jakby stało się obok tej osoby i patrzyło na jej ręce.

Urzekło mnie małe miasteczko, gdzie niby każdy wszystko wie, ale jednak ma swoje sekrety, które wychodzą przypadkiem lub nie wychodzą nigdy. Część jest schowana za wielką bramą, inne w pudełku, na kartach pamiętnika a jeszcze inne głęboko w pamięci. I tylko ktoś uważny i chętny, by poznać i nie ocenić może je odkryć. A w tym wszystkim najbardziej trzeba pamiętać o tym, że w takim miasteczku zawsze ktoś patrzy. I bardzo uważać na to, co się robi. Ten motyw jest świetny, po prostu majstersztyk.

Bardzo podobało mi się też podejście do Michała i Walerii. Zderzenie dwóch światów, innych oczekiwań oraz innego sposobu na dojście do celu czyni z walki o browar jeszcze ciekawszy motyw. Tu również jest wpleciony motyw zdrady, nieufności i budowania relacji.

To moja trzecia powieść autorki i wiedziałam, że mogę się spodziewać nie tylko pięknej opowieści, ale czerpania z historii. I choć tu ta wielka historia nie występuje, to mamy historię browaru i ludzi. I ta jest pokazana po prostu przepięknie. Wspomnienia, przywołania tamtego czasu były moimi ulubionymi kawałkami układanki.

A jak ktoś jeszcze mocniej chce poczuć to, co było w książce na końcu znajdzie piwne przepisy - będzie smacznie.


Współpraca barterowa

 Wydawnictwo Mięta 2026

334 str

Niesforny anioł - Elżbieta Barczyk

 


Nataniel ma pecha. Ale takiego potwornego. Nawet próba samobójcza mu nie wychodzi i zamiast zakończyć żywot wpada w ramiona najgroźniejszego gangstera w okolicy. Brzmi jak jeszcze większy pech, ale prawda jest kompletnie inna.

To jest szalenie niedorzeczna książka. Jest tak oderwana od rzeczywistości, tak pełna niemożliwości, że… nie mogłam się od niej oderwać. Naprawdę. Pomyślcie sami. Miles Kostel, groźny gangster, umykający policji, zwany w światku „Demonem”. A obok niego naiwny, pełen dobrej wiary, nadziei i miłości do ludzi Nataniel. To przecież nie może się udać. A jednak chyba wraz z Natanielem spada na niego grom z jasnego nieba, miłość od pierwszego wejrzenia i całe masa motylków. W każdym razie ma na punkcie mężczyzny obsesję.

I na tej obsesji jest zbudowana fabuła. Miles szuka kontaktu z Natem, który nie dość, że nie był wdzięczny za uratowanie życia, to jeszcze bezpardonowo się na przestępcę wydarł. Bo taki właśnie jest: bezkompromisowy, mówiący to, co myśli i lecący tam, gdzie go potrzebują. Wraz z pechem jest to mieszanka wybuchowa i grożąca obrażeniami. Dość szybko się wszystko rozwija i tu jest jedyna rzecz, która mi się w książce nie podobała. Brakło mi dużego kawałka pomiędzy decyzją o spróbowaniu bycia w związku, a stałym związkiem, z mieszkaniem razem. Bardzo chętnie poczytałabym więcej o kłopotach obu, bo przecież Nat nie gryzie się w język i Miles jest przy nim naprawdę biedny, choć często sobie zasłużył.

Co za to mi się szalenie podobało? To, jak obaj mężczyźni zmieniają się w stosunku do siebie, choć najbardziej widać przemianę Milesa. Pod wpływem Nata łagodnieje, zmienia podejście nie tylko do niego i do kontroli nad partnerem, ale także do świata. Z gburowatego, strasznego faceta zmienia się w kogoś zwracającego uwagę na potrzeby innych i świat wokół.

Bardzo podoba mi się również zwrócenie uwagi na kilka problemów społecznych. Mamy tutaj przemoc w związku, porzucenie dzieci i adopcję, chore pragnienia. Co prawda tylko trochę zarysowane, ale nie trzeba mówić dużo, by coś zasygnalizować i skłonić do przemyśleń. Autorka również kładzie nacisk na to, jak można się pomylić w ocenie kogoś i wyciągnąć pochopne wnioski.

Jak już wspomniałam, książka jest trochę nie z tego świata. Przynajmniej ja nie wyobrażam sobie takiego układu, jaki jest pomiędzy głównymi bohaterami. Jednak z miłą chęcią wyobrażam sobie, że taki świat istnieje. Że kiedyś doczekamy momentu, że dwie kochające się osoby będą mogły mieszkać w domku pod miastem i po prostu się kochać i nikt nie będzie patrzył, jakiej są płci. Jestem tym zachwycona, a najbardziej podoba mi się podejście światka przestępczego do Nataniela. Kocham wszystkich gangsterów za to, jak kochają pechowca.

Niesforny anioł to ciepła opowieść o miłości, która wszystko zmienia. Niespodziewanej, docierającej się, wywołującej uśmiech w tych, którzy ją widzą. Nie znajdziecie tu scen erotycznych, znajdziecie za to wiele czułości, troski i dawania poczucia bezpieczeństwa. Ja jestem zachwycona i życzę sobie więcej.


Współpraca barterowa

Ostre Pióro 2026

273 str

Piastunka letnich snów - Joanna Szarańska

 


Maria wraca do Granic. Ale tym razem nie do siedliska, a do malutkiej chaty pod lasem, by wraz z Krystynką odnowić Malarkę Wiosennych Łąk. I usłyszeć o matce kobiety, poznać ją bliżej.

Maria wraca do Granic, a ja razem z nią, jak do wytęsknionego miejsca, gdzie można zaczerpnąć oddechu, usiąść na ławeczce i po prostu być. Malarkę również uwiodło proste, choć ciężkie życie. Zachwyca się jego niespiesznością, ustalonym rytmem i prostą koleją rzeczy. A ja miałam to szczęście patrzeć na staw, las, cmentarz, Aleję Westchnień i całą okolicę jej oczami. A było na co. Bo autorka znów zachwyca plastycznością opisów, pochyleniem nad grą świateł i najmniejszym szczegółem. Dzięki temu Granice nabierają kształtów, kolorów i zapachów. Zamykam oczy i jestem tam, w tamtym miejscu. I czasem słyszę głuchy odgłos siekiery Krystynki.

Ta część jest poświęcona kociej opiekunce. Poznajemy jej bolesną historię, dzięki temu poznajemy bliżej i ją. To postać nieoczywista, stworzona trochę przeszłością, trochę opiniami ludzi. Teraz możemy zdrapać to, co zostało przyklejone, oderwać krzywdzące opinie i poznać kobietę taką, jaka jest. Jest to ważne nie tylko w książce, ale też na co dzień, byśmy nie oceniali ludzi według tego, co o nich mówią, bo możemy kogoś skrzywdzić lub pozbawić się szansy na wspaniałą znajomość.

I choć dużo kręci się w tym tomie wokół Krystynki, nie jest ona jedyną postacią. Maria zawiera nowe znajomości, skutkujące dobrem i złem, jak to w życiu. Rozwija też przyjaźnie wcześniej zadziergnięte. Pojawia się Ewa ze sklepu, bibliotekarka, Kacper Kosiński, właściciel siedliska z córką też odegra swoją rolę. Każdy z bohaterów jest świetnie wykreowany, ale Julcia skradła moje serce.

Dużo miejsca autorka poświęca również relacjom między Marią a jej córką. W tym tomie trudnym, burzliwym. Nawet Granice chwilami nie pomogą,

Granice to plasterek na rany, herbata czekająca na stole po ciężkim dniu. Uśmiech ukochanej osoby. To ciepłe, otulające miejsce, w którym nie nikną problemy, ale które daje chwilę, by od nich odpocząć i podejść z jaśniejszą głową. Dzięki nim siadam, zaczynam słuchać i wszystko ze mnie opada. Dla mnie to książkowy dom, jeden z wielu stworzonych przez Joannę Szarańską. Bo i na Miodową chętnie wracam. Nie, nie mówię o niej przypadkiem, znajdziecie o niej wspomnienie w tej książce.

Pokochałam Granice, jak pokochałam kiedyś Miodową. I cieszę się, że tych książkowych domów dzięki autorce mam coraz więcej. Chętnie do nich wrócę. Żeby odpocząć, pośmiać się, popłakać. Po prostu pobyć.


Czwarta strona 2024

Storytel 10 h 1 min

Sekrety domu Wintera - Alicja Czarnecka-Suls

 


Tęskniliście za Starszakami w akcji? To świetnie, bo ekipa czwórki przyjaciół wybrała się na Fuerteventurę. Oczywiście zebrać kolejne materiały do książki Luli i odpocząć. Tylko jak odpocząć, jak zaraz po przyjeździe dostaje się mandat, a na płocie w nocy zawisły zwłoki?

Już wiecie, że z Lulą, Adą, Krisem i Gabrysiem nudzić się nie można. Ale to, co autorka robi od samego początku tej części to już jest jazda bez trzymanki. Dość dosłownie. A potem jest już tylko lepiej. Albo gorzej, zależy, kto pyta. Starszaki prawie mieszkają na miejscowej komendzie, co chwila musząc się opowiadać po co przyjechali, co robili w danym miejscu w złym czasie i, o zgrozo, z wieku. No doprawdy, ile razy można kobietę pytać o wiek?

Akcja książki toczy się równolegle w teraźniejszości i w czasie drugiej wojny światowej. Jest to mój ulubiony okres w historii, pełen tajemnic, trudnych wyborów i zdarzeń, które nigdy nie powinny się stać, a o których nigdy nie możemy zapomnieć. I tak właśnie jest tutaj. Historię poznajemy z punktu widzenia marynarza służącego na niemieckim U-Boocie, wiernemu swemu wodzowi, idącemu za nim w ciemno. Szalenie mi się ten wątek podobał. Był nie tylko dopracowany pod względem historycznym, również tło obyczajowo-moralne było świetnie przedstawione. A właśnie to cenię w książkach sięgających w przeszłość – odniesienie do tego, co czuli i co robili ludzie w tamtych czasach. To przecież oni tworzą historię.

Pamiętnik Ricarda to w majstersztyk. Najbardziej zachwycił mnie w całej książce. Bardzo lubię ten sposób prowadzenia narracji, a akurat w przypadku tego bohatera otwiera on zamki do kilku sekretów i pozwala poznać motywy osób pływających na U-Bootach. Nie zrozumieć, ale poznać.

W Sekretach domu Wintera historia sięga teraźniejszości, pobudzając wyobraźnię legendą i plotkami o tym, że pod domem Wintera jest ukryty właśnie U-Boot. Oczywiście, że rozpala to wyobraźnię Starszaków. Oczywiście, że muszą tam poleźć, a dokładniej dopłynąć, narażając się na niechęć wrogo do tego nastawionych miejscowych biznesmenów. Przepis na kłopoty? I to jakie!

Już w poprzednim tomie polubiłam lekko ironiczny styl autorki. Tym razem również się nie zawiodłam. Są momenty pisane lekko, z humorem. To sprawia, że można wziąć głęboki wdech przed tym, co w książce poważne i wymagające zastanowienia i przemyślenia. Proporcje między jednym, a drugim są świetnie wyważone. Czyta się przez to bardzo przyjemnie, wręcz płynie się przez fabułę.

Mam nadzieję, że to nie koniec przygód świetnej czwórki. Chętnie poznam z nimi kolejne tajemnicze miejsca, pokopię w historii polskiej, jak i powszechnej, a także ich rodzinnej, bo tego też w tej części nie brakuje. Zżyłam się z Lulą, Ada, Krisem i Gabrysiem, traktuję ich jak przyjaciół i chętnie jeszcze poczytam o tym, co wymyślili, żeby znów komuś podpaść.


Współpraca barterowa

Wydawnictwo Mięta 2025

432 str

Vice Versa - Milena Wójtowicz

 


Jakby było mało Piotra, Sabinki i ducha księgowej, to do grupy psychologiczno-behapowskiej dołącza dziadówa borowa. Bo czemu by nie?

Kto czytał pierwszy tom, ten wie, że normalnie nie będzie, bo nawet nie próbowało być. Nadal mamy chaos, nienormatywnych i pierniczki. A te to w ilościach dowolnych. Bo Binka znowu ma zapędy. Mordercze. I nawet sesje u mamy Piotra niewiele dają.

Zacznijmy może od niej. Bowiem Maria Strzelecka pojawiała się już w pierwszym tomie, ale tutaj jest jej więcej. Trochę dzięki temu poznajemy przeszłość, trochę znów możemy pogłówkować kim w świecie nienormatywnych jest jej syn. Bo sam nadal skrzętnie to próbuje ukrywać. Oczywiście autorka nie byłaby sobą, gdyby nie dodała Marysi jakiejś tajemniczej historii i kilku niedopowiedzeń. Będzie się działo.

W ogóle na brak akcji nie możemy narzekać, bo pojawiają się zakochane kundle, wilkołaki znaczy. W połączeniu z magicznymi odpadami, złośliwością autorki i całą resztą dostajemy mieszankę iście wybuchową. I tu znów dochodzimy do dziadówy borowej. Z wilkołakami i zatruciem lasu ma dużo wspólnego, ale bardziej podoba mi się w innej akcji. Bo została jej przypisana akcja nad akcjami. Mianowicie trzeba miasto uwolnić od potwora zamieszkującego Nysę. Jaki potwór i czy naprawdę potworny – musicie przeczytać, ale na własną odpowiedzialność. Pewnych piosenek możecie już nigdy więcej nie móc słuchać bez skojarzeń.

Oczywiście nie obyło się bez potknięć, pomyłek i w ogóle grubych pomyłek. Dzięki temu, jak zawsze, jest trochę strasznie, strasznie wesoło i ogólnie przesympatycznie. Oczywiście w stylu autorki.

Uwielbiam tę serię. Bawię się przy niej coraz lepiej z tomu na tom. A bohaterów traktuję jak dobrych, choć mocno szurniętych, przyjaciół. Szkoda tylko, że nie mieszkamy jakoś bliżej siebie. Mogłabym nawet piec Sabinie tony ciast, które pochłania naprawdę hurtowo.

Pamiętajcie jednak, że trzeba lubić sposób pisania autorki. Nie każdemu przypadnie on do gustu. Bywa chaotycznie, sarkastycznie, czasem obrazoburczo. Ale fani naszych, słowiańskich wierzeń będą piać z zachwytu, jeśli tylko polubią właśnie ten styl.


Storytel 8 h 43 min

Siewcy koszmarów - Martyna Raduchowska

 


Koniec świata zapowiedziany przez Joannę tak jakby się nie odbył. No właśnie, tak jakby, bo coś tu się nie zgadza, niebo z ziemią pękają, a wszystko wokół jest… No właśnie takie jakieś nie takie.

Uwaga, będzie spoiler, więc jak nie czytaliście wcześniej, to następny akapit omińcie.

No i komu przeszkadzał koniec trzeciego tomu, ja się pytam? Co było złego w pokonaniu przeciwności wszystkiego, nie tylko losu, rozprawieniu się ze złem i napisem końcowym: dogryzali sobie po kres swych dni i jeszcze dłużej, który pojawił się w mojej głowie? Komu to przeszkadzało? Autorce. A ona ma władzę nad bohaterami i może sobie zrobić z nimi, co chce. No i zrobiła.

Jeżeli w poprzednim tomie uważałam, że Martyna Raduchowska zdolna jest do wszystkiego, a ona i tak pogalopowała pięćdziesiąt kilometrów poza to wszystko (kto czytał, ten wie, kto nie wie, niech czyta), to tutaj już naprawdę wiedziałam, że „wszystko” jest bardzo pojemne i jest bardzo daleko. I już wiem, gdzie ono jest. I wiecie co? Nic nie wiem.

Tymi trzema słowami można opisać całą książkę: nic nie wiem. Nie wiedziałam, co jest jawą, co snem, co prawdą, a co kłamstwem. Nie umiałam odróżnić rzeczywistości od ułudy, a chwilowe przebłyski też traktowałam z ogromną wątpliwością i podejrzliwością. Nie wiedziałam, gdzie prawo, gdzie lewo, gdzie góra, a gdzie dół, bo świat stanął na głowie i jeszcze wywinął koziołka.

Sen. Fantasmagoria. Śmierć. Opętanie. Strach. Złudzenie. Niebyt. Przerażanie. Zwątpienie. Koszmar. To rzeczywistość czwartej części. I wiele, wiele dalej. Dalej, niż się spodziewacie. Nie będzie spokojnie. Z każdą stroną, z każdym zdaniem coraz głębiej wchodzi się w szaleństwo, które nie ma końca.

A w tym wszystkim Smok – policjant skała, klucz do wszystkiego. Już nie taki zwykły, jak do tej pory, najważniejszy. Próbujący spinać, sklejać, zszywać i trzymać w pionie tych, którzy najchętniej zapadliby w beznadzieję i sen. Choćby wieczny.

To jest książka, którą chce się rzucić i dalej nie czytać. Tylko nie można. Bo siedzi w umyśle, wpija się w głowę, drąży myśli i nie pozwala o sobie zapomnieć. Nie da się przestać, bo duszna atmosfera całej książki przenika czytelnika na wskroś. Pali też ciekawość, by odkryć prawdę, by uratować to, co jest jeszcze do uratowanie. A do tego trzeba czytać.

Nie znoszę tej części. I kocham każdą jej literkę. A końcówka… O wszechświaty, zaświaty i wszystkie uniwersa! Absolutnie nie byłam na to gotowa, choć wydawało mi się, że to, jak przeczołgał mnie ten tom przygotuje mnie na wszystko. Jak widać, znów się myliłam.

A na koniec. Dwa słowa dla Idy. I dwa słowa dla Kruchego. Autorce też. Pomimo wszystko. I całej reszcie. Na wieki. I jeszcze dłużej.


Wydawnictwo Mięta 2026 525 str

Współpraca barterowa

Fałszywy pieśniarz - Martyna Raduchowska

 


Tego tomu nie czytałam wcześniej, miałam na półce i z jakiegoś powodu nie czytałam. Na szczęście teraz mogłam nadrobić, choć czy możemy mówić o szczęściu, jeśli mówimy o Idzie?

Również ten tom ma prequel dopisany przez autorkę (posiadaczy poprzednich części zachęcam do zapoznania się w formie ebooka). Ponura żniwiarka i przędzarz gwiazd jest moim ulubionym dodatkiem. Tyle tu Idy i Kruchego, że na pewno was zachwyci. I jeszcze bardziej ich pokochacie.

Czego możemy spodziewać się po tym tomie, zważywszy, że po autorce można spodziewać się wszystkiego? No właśnie wszystkiego i jeszcze więcej. Firma musi bowiem po części współpracować z policją, gdyż nowe mordy są na granicy obu światów. Nadal mamy tutaj sprawę Kusiciela, która niby stoi w miejscu, ale powoli pewne wątki są zbierane do kupy. Głównie dzięki Idzie, której udaje się zidentyfikować anonimowe ciało w grobie. Jak możecie się więc domyślać, jest coraz bardziej mrocznie i coraz mniej bezpiecznie.

Jednak to, co dzieje się w pierwszych rozdziałach to jest zamach na dobre samopoczucie czytelnika! Przecież tego nie da się w żaden sposób przewidzieć, już nie mówiąc o jakimkolwiek przygotowaniu na takie emocje i taką wiedzę! Już jako tako oswojona z umiłowaniem autorki do wpędzania Idy w najgorsze kabały czytałam sobie spokojnie, aż nagle mocno wciągnęłam powietrze i jakoś nie mogłam go wypuścić. Czytanie na bezdechu jest ciężkie, serio.

A to nie koniec z nagłymi zwrotami akcji, przy których człowiek się zastanawia, czy może znieść jeszcze więcej. Może, zdecydowanie może i co gorsza, sam chce więcej. Tylko, ja się pytam, jak coś takiego może spadać na Idę? No ja wiem, Pech, kanalia i te sprawy, ale żeby aż tak?

Nie wiem, jaka magia czy urok tkwią w tej książce. Czy to za sprawą świetnie wykreowanych bohaterów, czy dogłębnie przemyślanej historii, w której wszystko ma znaczenie i jest po coś, nawet hiacynty na oknie, czy może cudownego stylu, ale od tej serii naprawdę ciężko się oderwać. Człowiek brnie głębiej, już coraz mniejszej liczbie rzeczy się dziwiąc i tylko zastanawiając się, jak daleko sięga pech. I poświęcenie.

Kocham w tej książce wszystko i jednocześnie wszystkiego nie lubię. Nie lubię, jak traktuje się moich ukochanych bohaterów, nie lubię tego, że chcę ich dalej widzieć w tarapatach, bo wtedy są tacy paskudnie cudowni. Nie lubię braku snów i ognia. A jednocześnie czekam na dalej, więcej, mocniej. Bo to wszystko tak pięknie zaplata w coraz mocniejsze więzy to, co dzieje się między Idą, a Kruchym.

Kocham to, że jest następny tom. I jednocześnie bardzo się go boję.

 Uroboros 2019 400 str

Storytel z Wydawnictwem Mięta 2025 16 h 59 min

Demon Luster - Martyna Raduchowska

 


Jak już ustaliliśmy przy poprzednim tomie, Ida nie ma lekko. No ale ciężko mieć lekko, jak ma się Pecha. Wtedy nawet zgubienie maga z duszą nie wydaje się niemożliwe. I złożenie przysięgi mówiącej o własnym niebycie, jak się tej duszy w zaświaty nie zaprowadzi też jakoś nie szokuje. Przecież to Ida.

I właśnie przez to dziewczyna musi zrobić wszystko, by wyrwać duszę Mikołaja ze szponów Demona Luster. A czytelnik z dziką radością i pieśnią na ustach lezie z nią w każdą przygodę, w jaką się wpląta. Po prostu nie da się inaczej, Idę kocha się od pierwszego zdania, a jak się już jest w drugim tomie to już to miłość aż po grób. Niestety w tym tomie zapowiada się to na bardzo krótką miłość.

Na szczęście autorka i do tego tomu popełniła opowiadanie wstępne, takie zacne objętościowo, wyjaśniające bardzo dużo. Tym razem nie cofamy się do przeszłości Idy, jak w Maszkaradzie, ale poznajemy historię Joanny, ptaszycy co chwilę płonącej na jabłonce szamanki. Gdy zapłacze rajski ptak to historia pokręcona, sięgająca wierzeń i mitów i jak zawsze pokazująca kolejne, bo już na pewno nie drugie i nie trzecie, dno całej historii Idy. Naprawdę polecam przeczytać przed drugą częścią. Ebook dostępny w sprzedaży, jeśli ktoś ma wydanie starsze.

Wróćmy do głównego cyklu. Zachwyca mnie cała historia. Wyjść z podziwu nie mogę, że można wymyślić taki świat i takie perypetie. Oraz takie postacie. Bo postacie są ogromną siłą całej powieści. I naprawdę nie wiem, kogo kocham bardziej. Idę oczywiście, bo jej nie da się nie kochać. Ale Chrupki, znaczy Kruchy, też zajmuje ogrom miejsca w moim sercu. Posępny, ironiczny, paskudnie niemiły, wyżerający wszystko z lodówki i tak szalenie opiekuńczy stanowi jeden z filarów tej historii. Bez niego i bez jego tajemnic nie byłoby tak ciekawie. Intryguje mnie, zachwyca, budzi najcieplejsze uczucia.

Tekla. Klasa sama w sobie. Chodząco-płynąca doskonałość w zakresie zgryźliwości, uszczypliwości i wsparcia dla bliskich. Kocham jej manierę w mówieniu, ubieraniu się i ogólnie byciu i tylko czekam, aż znów wypłynie w życiu szamanki.

Kwiatek. Świeżo poznana kobieta-taran. Różowy. Wie wszystko, widzi wszystko, może chyba też wszystko, ale co do tego muszę się jeszcze upewnić. Nieodzowna pomoc w sprawie zdawać by się mogło beznadziejnej.

Pech. Peh. Kanalia. Padalec przebrzydły. Choć słodki. Tak, kochałam, tak, uwielbiałam wstawki o nim, ale tylko krowa nie zmienia poglądów, prawda? To wszystko, co dzieje się w tym tomie zmieniło moje podejście do kolegi.

Nie można też zapomnieć o Gryzaku, słodkim łapaczu snów, który ratuje Idę, gdy ta próbuje spać.

Cała ta gromadka, i kilka osób postronnych, sprawia, że przez książkę się płynie. Od strony do strony, od zdarzenia do zdarzenia. Coraz głębiej wchodząc w mrok, śmierć i pustkę, coraz mocniej chcąc się z niej wydostać, za wszelką cenę. Próbując wraz z Idą i Kruchym poznać tajemnice Demona Luster, Kusiciela i uratować Mikołaja. Kto jest kim, do czego to doprowadzi i czy w ogóle można te zagadki rozwiązać – dowiecie się czytając.


Uroboros 2018  str 415

Stroytel z Wydawnictwem Mięta 2025 16 h 10 min (z opowiadaniem)

Malarka wiosennych łąk

 


Maria maluje, a przynajmniej kiedyś malowała. Po zdradzie najbliższej osoby nie ma do tego serca. W rozmowie z dawno niewidzianą przyjaciółką upatruje więc zmiany. Nie sądzi, że zmiana przyjdzie wraz z miejscem, które odwiedzi.

Do Granic przyjeżdża spotkać się, by odnowić znajomość. A znajduje miejsce, jak z baśni, a na pewno z powieści. I tak, mnie też urzekło Siedlisko i jego porównanie do Ani z Zielonego Wzgórza. Nie od dziś wiadomo, że kocham pióro Joanny Szarańskiej właśnie za to, że tak pięknie tworzy miejsca, o których pisze, że zawsze mnie oczaruje. Tutaj też widziałam staw, jakbym nad nim siedziała, czułam zapach dusznej stodoły z unoszącymi się pyłkami kurzu w powietrzu i czułam na skórze słońce prześwitujące przez deski. Z radością zanurzyłam się w ciemnej, trochę ponurej, ale na pewno przytulnej sypialni w Siedlisku. I zaciągnęłam zapachem świeżo upieczonego chleba.

Autorka pisze o malarce, ale sama nią jest, tylko ona maluje słowem. Te wszystkie miejsca ożywają, stają się bliskie sercu i takie, jakbyśmy tam byli i tylko na chwilę odeszli. Tak samo czarodziejsko buduje atmosferę. Nieprzychylność i serdeczność mieszkańców odmalowana, jak żywa, choć ta nieprzychylność ma drugie dno i wiąże się bardziej z nieznajomością. Też tak typowe zachowanie dla mieszkańców małych miasteczek i wsi.

Jednak nie z samych pejzaży i atmosfery zbudowana jest ta książka. To, jak zawsze bardzo trafna i wnikliwa, opowieść o ludziach. Autorka ma niebywały dar dostrzegania małych cudów codzienności oraz ukrytych za uśmiechem, skrzywieniem warg, skuleniem ramion historii ludzi. I właśnie te historie opowiada. Z należytą uwagą skupieniem i delikatnością. W tej książce mamy nie tylko historię Marii, co tu kryć, dość burzliwą, ale przede wszystkim historię Krystynki – kociej opiekunki.

To taka miejscowa dziwaczka, owiana mgłą tajemnicy, stroniąca od ludzi. Otoczona przez miejscowych subtelną opieką, przez którą chronią ją przed obcymi. Jednak Marii udaje się dotrzeć do kobiety. Czy aby jednak na pewno ścieżka wiodła od malarki ku kobiecie?

Jest też tajemnica Kacpra Kosińskiego i jego córki, dla ogółu rozkapryszonej pannicy. O nich niewiele w tym tomie, ale wiem, że w twórczości autorki wszystko jest po coś i o nich też się co nieco dowiemy.

Jestem oczarowana. I kocham Granice, jakby tam był mój dom. Będę tam też wracać z westchnieniem ulgi po ciężkim dniu. Jak do domu właśnie. A Wam polecam poznać te ścieżki, zaciągnąć się zapachem lasu i wody i dać się oczarować.

Czwarta strona

Storytel 11 h 11 min

Szamanka od umarlaków - Martyna Raduchowska

 


Ida jest dziedziczką znamienitego magicznego rodu. I ten ród ma wobec niej dalekosiężne plany. Ida też ma Plany, takie przez duże „P”. Tylko, że jedne i drugie plany nijak się ze sobą nie zbiegają. Bo Ida nie ma magicznych zdolności. Ma za to Pecha. I widzi zmarłych. Tych, którzy dokonali już żywota i tych, którzy dokonają go w przyszłości. Brzmi świetnie nie?

Dla Idy też nie. Dar się jej nie podoba, nie ma zamiaru też o nim mówić rodzicom, bo już w ogóle by jej nie wypuścili na normalne studia. Tak nakreślona sytuacja powinna mnie skłonić do natychmiastowego czytania tej książki. No i przeczytałam, potem zapomniałam, więc jak Wydawnictwo Mięta ogłosiło nabór do czwartej części, musiałam sobie to i owo przypomnieć. Tu z pomocą przyszedł audiobook.

I tu pojawił się problem, bo poprzednie części mam w innych wydaniach i zmroziło mnie, jak zaczęłam słuchać, że autorka zechciała w fabule zrobić Idzie, która była jej pierworodnym dzieckiem, jesień średniowiecza. Na szczęście zrobiła tylko kilka kosmetycznych poprawek, a do tego popełniła opowiadanie (takie zacne, na sporo stron) Maszkarada, w którym to i owo dodała i wyjaśniła. Tak czy inaczej, można czytać inne wydania i nadal kochać Idę, bo dziewczyna nadal jest taka sama.

Czyli jaka? Zuchwała, z marzeniami większymi niż ustawa przewiduje, odwagą, by je spełniać i Pechem. No cóż ja poradzę, że Pech jest moim ukochanym bohaterem, który pojawia się tak dramatycznie rzadko? Wiem, wiem, Ida jest zadowolona, jak drań śpi. Ale ja go uwielbiam, pewnie też przez to, jak komplikuje dziewczynie życie.

Szamanka od umarlaków to zasadniczo pierwsza część, ale naprawdę warto najpierw zapoznać się z Maszkaradą. Będziecie piać z zachwytu. Jeśli macie stare wydanie, śmiało można kupić opowiadanie w formie ebooka. Pokazuje charakterek Idy, jej koneksje rodzinne i podejście do magii i bycia szamanką. Warto.

A sama książka? Fenomenalna to mało powiedziane. Zaintrygowała mnie od pierwszych stron i teraz dźwięków i nie pozwoliła odetchnąć, póki nie skończyłam. Bawi mnie setnie, ten humor bardzo trafia do mojego poczucia humoru, a autorka mocna trafia w cały mój gust czytelniczy.

Mamy tu zjawy, duchy, demony i czarną magię. Trochę tajemnic i niebezpieczeństw. Rytuały legalne i te mniej. Błądzenie po omacku, świetną willę i zagadkę kryminalną. I Kruchego. Którego też uwielbiam, jako łowcę, człowieka i chodzącą zagadkę.

Kto nie czytał, niech szybko nadrabia, a ja niebawem wrócę do Was z recenzją drugiej części.


Fabryka Słów 2011 383 str

Storytel z Wydawnictwem Mięta 2024 13h 47 min

Łączna liczba wyświetleń