20 - 2020 121 łez I.M. Darkss PRZEDPREMIEROWO

Zysk i S-ka 2020
328




Emily jest suką i sama tak o sobie mówi. Szczyci się swoją obojętnością, pewnością siebie i tym, że zawsze to ona rządzi w kontaktach z mężczyznami. Jednak to tylko pozory, a to, co naprawdę przeżywa popycha ją do targnięcia się na swoje życie. Ratuje ją Derek. Rok później role się odwracają, tym razem to ona ratuje życie jemu. I nie może przestać o nim myśleć, jednak również przeszłość nie daje o sobie zapomnieć.
121 łez nawiązuje do Gwiazd nadziei, które mnie zachwyciły i spowodowały lawinę emocji. Dlatego bez zastanowienia sięgnęłam po tę książkę I.M. Darkss. Jednak nie martwcie się, jeśli nie czytaliście tamtej, gdyż jest to raczej nawiązanie, niż kontynuacja, choć dzieje się po wydarzeniach w niej opisanej. Pojawiają się bohaterowie z poprzedniej części, ale zaledwie w kilku zdaniach, ich historia nie ma tutaj żadnego znaczenia. Ja mam ochotę wrócić do Gwiazd nadziei, żeby sobie to wszystko na nowo poskładać.
To historia Emily, której w Gwiazdach nadziei nie darzyłam głębszą sympatią, no dobrze, wcale jej nie darzyłam uczuciem, ale wiedziałam, że za jej zachowaniem coś się kryje. W tej książce autorka właśnie to opisuje i wszystko się zmienia. Ale jak to robi! Gra na emocjach tak skutecznie, że z każdym słowem porusza inną strunę w sercu, by na końcu zostawić je kompletnie rozbite albo przynajmniej rozedrgane. Najpierw wrzuca nas w zupełny koszmar, w coś, co normalnemu człowiekowi w głowie się nie mieści, a potem zdanie po zdaniu wprowadza nas w chory umysł ofiary przemocy. Ukazuje spiralę poniżenia, przemocy i miłości do kata. Oczywiście miłości spaczonej, powstałej w efekcie manipulacji i strachu. I.M. Darkss bardzo dobrze przedstawia syndrom ofiary, pobudki, jakie nimi kierują, ale też etapy, które prowadzą do tego stanu i niemożności wyrwania się z niego. Taka właśnie jest Emily. Dążąca do idealnej wizji swojego chłopaka, utożsamiająca przemoc z troską, zagubiona, przerażona, łaknąca prawdziwej miłości i akceptacji. I w takim stanie spotyka ją Derek. Poranioną do tego stopnia, że nie chce już żyć. Angażuje się jako psycholog, ale nie tylko, dziewczyna od początku go pociąga. Nie można bowiem nie wspomnieć o erotycznej stronie książki. Książka kipi erotyzmem, płonie od iskier między bohaterami i… zupełnie to nie przeszkadza. Jeszcze bardziej natomiast podkreśla to, jak Emily postrzega rzeczywistość i jak zmienia ją czułość i brak wyrachowania, jak reaguje na ludzkie uczucia i normalne sytuacje. I choć ucieka, to kiedy rok później się spotykają i to ona ratuje go z wypadku samochodowego, nie może przestać o nim myśleć. I tu zaczyna się jej przemiana, tu zaczyna się jej walka o siebie, o swoje uczucia i miejsce na ziemi. I choć denerwuje mnie, to ją rozumiem. I nawet lubię.
Jest to książka o spaczonych relacjach międzyludzkich, ale nie tylko w przypadku Emily i Deksa. Jej rodzice również są dysfunkcyjni, z idealną wizją świata, do której albo się ktoś wpasuje, albo już do tego świata zwyczajnie nie należy. Taką samą postawę prezentują rodzice jej najlepszego przyjaciela, z czego wynika w książce kilka dodatkowych zawirowań, bo choć wątek wychodzenia Emily z roli ofiary jest najważniejszy, to nie jedyny. Jednak kiedy okazało się, że matka Dereka też jest trochę nie w porządku, pomyślałam, że tego już nie dużo. Na szczęście wszystko zostaje tak wyjaśnione i posklejane, że wskakuje na miejsce i już nie razi.
Tej książki nie można ominąć. Pomijając, że jest przepiękną historią miłosną, w której miłość przezwycięża dosłownie wszystko, gdyż Emily prosta w obsłudze nie jest, to jest nadzwyczajną opowieścią o ofiarach przemocy. Trudną, bolesną, chwilami niezrozumiałą, budząca wstręt i złość na kata. Jednak mam nadzieję, że choćby jedną osobą uważającą, że ofiary są same sobie winne, bo nie umieją odejść od kata przekona, że to nie takie proste. I może choć jedna osoba poniewierana przez najbliższych uwierzy, że warto zawalczyć o siebie.


Za możliwość przedpremierowego przeczytania książki dziękuję wydawnictwu oraz

19 - 2020 Okrutny książę Holly Black

Jaguar 2018
400 str
Tłumaczył Stanisław Kroszczyński



Jude jest człowiekiem, ale wychowują ją elfy po tym, jak elfi ojciec jej starszej siostry zamordował jej rodziców i ją, wraz ze starszą siostrą i siostrą bliźniaczką, porwał do swej krainy, istniejącej obok świata ludzi. Zapowiada się... dziwnie, strasznie, ciekawie.

Zapowiadało się. Ale początek mnie zmęczył. Nawet nie chodzi o to, że Elfy Holly Black są zupełnie inne od tych, wykreowanych w wielkich dziełach fantasy, które są uznawane za kanon. Jej elfy są piękne, owszem, ale oprócz tego okrutne, pałające chęcią krzywdzenia, wojny i przelewu krwi. W większości gardzą śmiertelnikami, a do tego są głupie. Nie łapią aluzji, można je okłamać. Zwierzęce cechy, które mają, na przykład ogon czy rogi, to już tylko wisienka na torcie. Ale to mi nie przeszkadzało. Cenię u autorów własne pomysły i dobrze się czyta, coś co nie jest kopią, choć początkowo trudno się przyzwyczaić. Ale jakoś na początku książka mi nie leżała. Przy czym dorwałam ją w ramach abonamentu w empiku, danemu na czas pandemii i zwyczajnie się we mnie centuś odezwał. Czytałam dalej i nie żałuję. Książka rozwija się, zaskakuje, bawi, śmieszy, zadziwia. Wpadłam w nurt intryg, dworskich układów i zagadek i żadnej nie udało mi się dobrze rozwiązać.
kolejnym mocnym punktem książki są postaci. Niby przewidywalne, a jednak potrafią zaskoczyć, co wcale nie jest rysą na ich charakterystyce. Zdecydowanie przemyślane, dopracowane i dojrzewające w trakcie. Nawet elfy potrafią zaskoczyć, a już Cardan jest dla mnie kompletną zagadką i wiem, że jeszcze niejeden raz mnie zadziwi i szczerze przyznam, że czekam na to z niecierpliwością. Również Jude, nie mogąca się odnaleźć w żadnym ze światów i należąca do każdego stanowi dla mnie niekończącą się zagadkę i jej postępowanie jest dla mnie za każdym razem kompletnym odkryciem.
Trochę nie podoba mi się jedynie to, że część magii działa po śmierci rzucającego czar, a część nie. Dla mnie trochę niedopatrzenie, a może ja czegoś po prostu nie doczytałam i tak wyszło. Również pewne ramy czasowe są nie do końca wyjaśnione, choć to może wynikać z postrzegania czasu przez elfy, albo jeszcze kiedyś będzie powrót do tych wydarzeń i wtedy się wyjaśni. Bo to nie jest tak, że coś się nie zgadza, ale nie jest do końca klarowne.
Kolejne tomy przede mną i jestem pewna, że będzie to zachwycająca lektura, wolna od zmartwień, kompletnie oderwana od rzeczywistości, czyli dokładnie taka, jakiej teraz potrzebuję.

18 - 2020 Żółte ślepia Marcin Mortka

Uroboros 2020
416 str




Medvid jest wojem na dworze władcy, choć daleko mu do nowej, chrześcijańskiej wiary, bliżej mu do księżnej, dlatego jeszcze nie poszedł w knieję.
Osmund jest chrześcijańskim rycerzem, na służbie biskupa i Boga, owładnięty modlitwą i wiarą w to, że stary porządek nie tyle nie powinien istnieć, ale jest tylko wymysłem.
A Gosława jest wiedźmą. Z kotem, domem na kurzych nogach i miotłą, jako środkiem transportu.
I właśnie tej trójce, no dobrze, piątce, bo trzeba jeszcze policzyć wiedźmiego kota i skrzata domowego, Marcin Mortka wysyła na ratunek Gnieznu, które z całym dworem zostało zabrane. Właśnie. Dokąd? Tego muszą się dowiedzieć bohaterowie, choć każdy ma swoje podejrzenia i każdy inne powody, by ratować zaginionych. Świetnie się bawiłam patrząc na zmiany, jakie zachodzą w każdym z uczestników wyprawy, na ich relacje z otoczeniem i reakcje na świat. Autorowi nie brakuje poczucia humoru i to jest kolejna mocna strona tej książki. Owszem, zdarzają się patetyczne przemowy, głównie Osmundowi, ale jedno zdanie komentarza, czasem nawet jedno słowo, rozładowuje napięcie i pokazuje inną stronę medalu. Zderzenie takich charakterów było najlepszym posunięciem z możliwych, by stworzyć książkę, która spodoba się nie tylko wielbicielom autora, ale również tym, którzy jego twórczości jeszcze nie znają. Myślę, że to dobry początek, by zacząć Mortkę uwielbiać.
Świetna kreacja bohaterów, starcie ich charakterów, poglądów i motywacji sprawia, że Żółte ślepia czyta się błyskawicznie, a do tego każdy znajdzie kogoś do uwielbiania. Ja do tej pory mam problem, czy wolę Gosławę, czy skrzata, bo oboje są świetni, ale do wiedźmy mi jednak bliżej. A oprócz znakomicie opisanych postaci mamy wspaniałą fabułę. Polityczna intryga wpisana w historyczne ramy i wymieszana z dawnymi bajaniami i wierzeniami tworzy mieszankę wybuchową. W kwestii rodzimych potworów, stworzeń mniej lub bardziej przyjacielskich i wymyślonych nie ustępujemy nikomu, a autor pokazuje to z właściwym sobie rozmachem. Przeciąga czytelnika przez świat dawnych bajań zostawiając ogromny niedosyt i milion pytań, co jest prawdą, bo wymysłem bajarza, a co być może kiedyś naprawdę się działo, choć przez historię zostało zapomniane jako niegodne kraju chrześcijańskiego. Wszystko zgrabnie skonstruowane tworzy spójną całość z elementami grozy wywołanymi przez wtrącone przywidzenia i koszmary senne.
To kolejna książka autora, którą miałam niewątpliwą przyjemność czytać. Każda inna, z innego rodzaju, każda świetna. Mortka to po prostu Mortka, jego się nie poleca – jego czyta się w ciemno.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu oraz

Łączna liczba wyświetleń