6 - 2021 Na krawędzi nocy. Alter ego 1 Edyta Świętek

 Replika 2021

352 str


Nina jest czarownicą. O darze dowiedziała się od babi, która również przestrzegła dziewczynę, by nie nadużywała swych mocy wpływania na ludzi. A przede wszystkim, by nie czarowała mężczyzn. Tylko co zrobić, by jeden z wyśnionych przez nią mężczyzn pojawia się nagle na jej drodze? To Anioł. A co z Mrocznym?

Ta historia była mi bliska jeszcze zanim zaczęłam ją czytać. Wierzę w czarownice, wierzę w intuicję i wszelkie nadprzyrodzone moce. Dlatego właśnie za historię Niny zabrałam się z wielkim entuzjazmem. I choć tu tych mocy jest niewiele, więcej tu prawdziwego życia, to i tak czuję się mocno zaczarowana. Dość powiedzieć, że zaczęłam w jedno popołudnie, a następnego dnia już skończyłam. Dużą rolę odgrywa tu też sposób narracji. Autorka podzieliła tom na dwie części, z których jedna jest retrospekcją, taką na zimno, pisaną z perspektywy czasu, a druga to teraźniejszość. Nie bez znaczenia jest zapewne fakt, że Nica zwraca się bezpośrednio do czytelniczki, mianując ją dodatkowo swoją Przyjaciółką. To skraca dystans, sprawia, że mamy wrażenie rozmowy z cztery oczy, zwierzeń, a nie czytania powieści. Sprytnym zabiegiem jest też wplecenie autorki w fabułę, co ostatecznie przekreśla domysły, jako by to była jedna i ta sama osoba. Niby mały szczegół, ale zaskakujący.

To nie jest zwykła książka, to baśń, z wszelkimi jej elementami, ale taka baśń, która może się zdarzyć każdej z nas, kobiet. To taka wyśniona miłość, bez patosu, za to z wielką dozą czułości i dojrzałości. Myli się jednak ten, kto spodziewa się lukrowanej bajki, bowiem Edyta Świętek pisze baśń z prawdziwego zdarzenia, gdzie radość miesza się ze smutkiem, a groza z ironią. A nad głową ciągle wisi ostrzeżenie babci i jej słowa, że czarownice mogą nie zaznać prawdziwej miłości.

Na krawędzi nocy to opowieść o pięknej miłości, szczęściu bez granic, ale też o ból i cierpieniu. Czy jeśli posmakujemy szczęścia bardzo wcześnie, to potem ono się skończy? Czy można wyjść obronną ręką z żałoby, cierpienia, depresji? Na te pytania stara się odpowiadać książka, bo właśnie takie tematy również porusza. Mówi o sile przebaczenia, ale nie innym, a sobie, a to chyba nawet trudniejsze. Ogromnie poruszyła mnie historia Ani, bo choć drugoplanowa, w pewnym momencie stała się najważniejsza. To chyba ją najbardziej lubię w tej powieści. Cicha, spokojna, z przyjaźnią na dłoni i otwartym sercem.  Taką przyjaciółkę chciałoby się mieć.

Dajcie się porwać tej powieści. I nie skreślajcie jej na wstępie, bo nie lubicie bajek, czy fantasy. Pogrzebcie w pamięci, na pewno znacie kogoś obdarzonego niezwykłą intuicją, albo kogoś, kto zawsze wiedział więcej. I tak właśnie potraktujcie Ninę, a dostaniecie czytelniczą ucztę na tematy tak ludzkie, że aż serce boli.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu oraz





5 - 2021 Co komu pisane Maria Ulatowska Jacek Skowroński

 Prószyński i S-ka 2021

383 str



Do domu cenionego ginekologa puka nagle obca kobieta - pisarka. I od jej pojawienia się zaczynają dziać się rzeczy dziwne, żeby nie rzec przerażające.


Jestem trochę, jak Janka Opiłko. Nie po drodze mi z kryminałami, gustuję raczej w obyczajówkach. Przy czym ona pisze, ja czytam. Aż nagle wpada w moje ręce ta książka i choć początkowo jakoś mi nie po drodze, bo za strasznie i za krwiście dla mnie, to jednak przepadam. Psychologiczny majstersztyk, który wciągnął mnie do tego stopnia, że nie mogłam przestać czytać, choć bałam się, co będzie dalej. Bowiem narracja oplata się wokół słów piosenki, dość makabrycznej. I choć ja nie wierzę w takie zbiegi okoliczności, w tak szczęśliwe, a może właśnie koszmarnie nieszczęśliwe przypadki, by trzy kobiety spotkały się w tym samym czasie i jeszcze współpracowały, to jednak życie pisze różne scenariusze i jestem w stanie przymknąć oko. Oczywiście na przypadki, bo co do współpracy kobiet to ja tak do końca nie jestem pewna, jak to wszystko się potoczy.

"Co komu pisane" to fenomenalnie napisane studium strachu, zemsty i wyrzutów sumienia, które strach potęgują, nawet, jeżeli są zracjonalizowane. To thriller psychologiczny mówiący o ludziach próbujących oszukać siebie nawzajem, a w efekcie oszukać oszusta. Przypuszczenia plątają się z pewnością, by stronę dalej runąć, jak domek z kart. Tu nikt nie jest tym, za kogo się podaje, nikomu do końca nie można ufać, a role ofiary i kata zamieniają się miejscami tak, że na koniec byłam już kompletnie skołowana. Właśnie, koniec. O matko, człowiek już wypuścił powietrze, jakoś się uspokoił, a tu nagle, łup, jak obuchem w łeb. Tak się nie robi i ja chcę wiedzieć więcej i potwierdzić, obalić i stworzyć nowe teorie na temat tego, kto, co i dlaczego. Bo na razie mam czterech podejrzanych. Ale proszę, nie zaglądajcie na koniec, nie psujcie sobie zabawy, a wierzę, że będziecie się bawić świetnie, jak ja się bawiłam, choć trochę ze ściśniętym strachem sercem.

Autorom świetnie wyszedł element grozy, budowali napięcie tak, że nawet nie czytając książki, zajmując się czymś innym, moje myśli krążyły wokół fabuły i nie były to myśli spokojne. I choć, jak wspominałam, początek szedł mi ciężko, to nie było to spowodowane przez autorów, a dokładniej nie przez to, że coś było nie tak. Było tak dobrze, tak realistycznie, że powstrzymywał mnie mój własny lęk.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorom oraz Prószyński i S-ka

4 - 2021 Wzgórze świątecznych życzeń Sylwia Trojanowska

 Czwarta Strona 2020

400 stron




Tak, ja wiem, że już dawno po świętach, ale jakoś mi nie było po drodze do pisania. A Wzgórze świątecznych życzeń, choć nawet tytuł sugeruje czas na czytanie, jest moim zdaniem szalenie uniwersalne. Owszem, znów bohaterowie są zajęci przygotowaniami do świąt, ale przecież życie wtedy nie staje i nie zmienia się na te kilka tygodni. Nadal ciągną się za nami niezałatwione sprawy, niewybaczone grzechy i strach. Właśnie to wszystko znajdziemy na kartach tej książki. Co ważniejsze, znajdziemy tu też bohaterów, których znacie i mam nadzieję, że lubicie, bo książka jest luźną kontynuacją Wigilijnej przystani. Ja najbardziej się ucieszyłam z obecności Konstancji, bo polubiłam tę specyficzną staruszkę. Poznamy też dalsze losy Patrycji i kilku innych bohaterów. Ale nie wszystko jest piękne, lukrowane, brokatowej  błyszczące. Jak zawsze u Sylwii Trojanowskiej to tylko pozory. Gdy zdrapie się sreberko, obnażymy rozdzierające serce historie, które mogą spotkać każdego z nas, choć bardzo chcielibyśmy, by było inaczej.
Lubię powieści świąteczne, ale te realne, te, w których dzieje się świąteczna magia, bo ludzie się godzą, ale też te, w których na pogodzenie się jest jeszcze za wcześnie, bo dusza się jeszcze nie zagoiła, nie mówiąc o zabliźnieniu. Bo, jak wspomniałam wcześniej, święta to nie czas, kiedy staje czas. To czas, kiedy czujemy bardziej, mocniej, kiedy serca inaczej biją i jesteśmy bardziej skłonni do dobra. Ale też wtedy właśnie mocniej czujemy wszystko, co jest nie tak. I właśnie za taką słodko-gorzką mieszankę serdecznie dziękuję. I proszę o więcej.


Łączna liczba wyświetleń